W ostatnich latach miałem okazję zwiedzić kilka czołowych europejskich muzeów i galerii. Te wizyty skłoniły mnie do kilku wniosków. Po pierwsze, z ogromnego dziedzictwa artystycznego rozumiemy coraz mniej. Po wtóre, rozpada się dawne wspólne, antyczno-chrześcijańskie imaginarium, ale na jego miejsce nie powstaje nowe – no chyba żeby uznać za nie współczesną popkulturę. Po trzecie, współczesnej sztuki religijnej praktycznie nie ma, albo przynajmniej nie pojawia się w galeriach. Czy pojawia się więc w kościołach?

Muzea sztuki dawnej czy też – szerzej – dawnej kultury obfitują w religijne artefakty. Rzeźby, malunki, obrazy, przedmioty do sprawowania kultu – wszystko to bezpośrednio wiąże się z religią. Czy będzie to Rzym, Grecja, Asyria, Babilonia czy Egipt, wszędzie tam pojawiają się wierzenia, mity, bóstwa, religijność i życie pozagrobowe. Przecież nawet to, co się wydaje jedynie zdobieniem, miało swoją funkcję w całej sakralnej przestrzeni. Także w europejskim średniowieczu czy renesansie – aż po barok tematy antyczne i religijne dominują. Zwykłe „życie” pojawia się dopiero później: portrety, sceny rodzajowe, martwa natura. Współczesny bywalec muzeum czy galerii niewiele z tego rozumie. Często jego odbiór ogranicza się do komentarza „ładne – nieładne” albo zgoła „podoba mi się – nie podoba mi się”. Choć sam uważam się za człowieka chyba zupełnie nieźle zorientowanego w kulturze chrześcijańskiej i antycznej, to uświadomiłem sobie, że bardzo, bardzo wiele toposów, symboli, odniesień jest dla mnie nieczytelnych. A przecież kiedyś musiało być to czytelne dla szerokiego grona ludzi. Średniowiecze nawet ukuło zasadę: „Quod est clerico littera, hoc est laico pictura”. Obraz był dla niepiśmiennych i niewykształconych niczym litery dla uczonych, którymi wszak byli przede wszystkim (jeśli nie prawie wyłącznie) duchowni. Dzisiaj w czytaniu obrazów wszyscy – mniej lub bardziej – staliśmy się laikami, także my – księża. Wystarczy popytać niejednego proboszcza o szczegóły na tym czy innym ołtarzu w jego parafialnym kościele.

Kiedy się zwiedza kolejne galerie, trudno nie zauważyć zaniku tematyki religijnej. Jeden z niewielu – jeśli nie przeoczyłem – obraz o tematyce religijnej, który pozostał mi w pamięci, to „Crucifixion” N. F. Souzy – artysty urodzonego w Indiach (Goa), który tworzył potem w Wielkiej Brytanii. Trudno obok tego obrazu przejść obojętnie, gdyż Chrystus nie jest tutaj uosobieniem łagodności, miłości i przebaczenia. Przeciwnie – to Bóg zemsty, cierpienia, złości. Jeśli nawet malarstwo Souzy nie jest nazbyt ortodoksyjne, to – trzeba przyznać – jest czytelne i bardzo wymowne. Zdaje się jednak, że problem wiary, Boga, transcendencji, życia czy śmierci coraz mniej zajmuje artystów. Taki wniosek przynajmniej można wysnuć ze spaceru po muzeach i galeriach. A może jest to wniosek mylny? Może podejmują te wielkie tematy w sposób dla współczesnego człowieka mało czytelny? Za pomocą środków, które wydają się nam nieadekwatne do tematu? I po prostu mijamy malarstwo sakralne, wcale go nie zauważając?

W Tate Modern w Londynie można oglądać w odrębnej sali prace Marka Rothko, o którym niektórzy mówią, że jest malarzem sakralnym. Jego wielkopłaszczyznowe obrazy przeznaczone są właściwie do medytacji. Ale przecież nikt nie medytuje w żadnej galerii nawet przed Rembrandtem, Caravaggiem czy Boticellim, gdzie tematyka religijna jest o wiele bardziej obecna, a cóż dopiero przed Rotkiem. Malarstwo sakralne to nie tylko religijna tematyka, ale o wiele także kontekst. Nie miałem okazji być w Rothko Chapel w Houston, gdzie obrazy malarza współtworzą przestrzeń sakralną. Być może rzeczywiście tam można by je inaczej – bardziej sakralnie – odczytać. Niejednokrotnie spotkałem się już z opinią, że właśnie jego obrazy są próbą wypracowania współczesnej wersji ikony, tzn. obrazu, który nie zatrzymuje spojrzenia widza tylko na sobie, ale pozwala na przeniesienie umysłu ku Nieprzedstawialnemu. Trudno jednak nazwać Rothkę malarzem religijnym, czy konfesyjnym. Także kaplica, w której wystawione są jego prace ma charakter z założenia niekonfesyjny i nie jest dedykowana żadnej konkretnej religii. Nie mówią one zbyt wiele o Bogu (jakim? którym?), ale na pewno wiele o ludzkiej potrzebie przekraczania siebie.

Sztuka religijna wywodząca się z chrześcijaństwa domaga się jednak figur, postaci i kształtów, które staną się bardziej czytelne. Z taką próbą współczesnego przetworzenia klasycznego tematu męczeństwa w nowej formie i za pomocą nowych środków można się spotkać w anglikańskiej katedrze pw. św. Pawła w Londynie. W prawej nawie bocznej można oglądać pracę Billa Violi, czołowego przedstawiciela video-artu. To praca zatytułowana „Martyrs (Earth, Air, Fire, Water)” z roku 2014. Kilkuminutowy film ukazuje cztery postaci poddane niszczycielskiemu działaniu żywiołów: ziemi, powietrza, ognia i wody. Jak czytamy w objaśnieniu samego autora, „w momencie, kiedy żywioły atakują, stanowczość każdego z męczenników pozostaje niewzruszona. Najbardziej gwałtowny atak żywiołów przedstawia najciemniejszą godzinę przejścia męczennika przez śmierć do światła”. Kobieta na linie targana jest silnym wiatrem, mężczyznę zasypuje spadająca z góry ziemia, płomienie, które ogarniają siedzącego mężczyznę, nie robią mu jednak krzywdy, a odwrócony do góry nogami młody mężczyzna poddany torturom spadającej gwałtownie wody zostaje „wzięty do nieba”. Autor pracy mówi, że chciał przez to przypomnieć, że dzięki mediom masowym jesteśmy dzisiaj świadkami cierpień ludzi, ale prawdziwy świadek – jak to wynika z etymologii greckiego słowa „martyr” – jest męczennikiem. Prawdziwe świadectwo domaga się działania i ofiary. Przyznam, że praca ta zrobiła na mnie o wiele większe wrażenie niż niejeden św. Sebastian przebity licznymi strzałami, z wyidealizowanym ciałem i szklanym wzrokiem skierowanym ku górze.

Pracę Billa Violi można zobaczyć tutaj.