Jak wiadomo, powstanie deklaracji miało być gestem uczczenia przez katolickie środowisko medyczne kanonizacji Jana Pawła II, takie votum tej grupy ludzi wierzących. Mam jednak wrażenie, że zarówno środki przekazu, jak i przynajmniej część społeczeństwa odebrało tę deklarację zupełnie inaczej – jako akt środowiskowej konfrontacji. Nie wiem też, czy została ona dobrze napisana. Justyna Melonowska w swoim tekście (zresztą doskonale punktującym „argumenty” krytyków) wykazuje, że – przynajmniej – niefortunnie. I ja się z nią zgadzam. Istotną cechą deklaracji jest to, że została zredagowana z pozycji konfesyjnych. Użyte sformułowania wyraźnie wskazywały na religijne kryteria. Czy to źle? Nie. Każdy ma bowiem prawo formułować kryteria swoich wyborów moralnych zgodnie z religijno-etycznym systemem, który wyznaje – jeśli wyznaje. Sęk w tym, że poza perspektywą wiary te sformułowania są niezrozumiałe, co utrudnia, a czasami wręcz uniemożliwia dialog. Ale w końcu nie wszystko mówi się dla dialogu, czasami chodzi – tak jak w tym przypadku – po prostu o wyznanie wiary.

Tak rozumiem sens i zamysł sygnatariuszy tekstu. Mieli potrzebę publicznej deklaracji, jakimi kryteriami się kierują w swej pracy rozumianej jako służba życiu, oraz wyjaśnienia, dlaczego czują się w sumieniu zobowiązani do odrzucenia niektórych procedur medycznych, które są w Polsce uznane za zgodne z prawem. Czy z faktu, że wielu katolickich lekarzy tego aktu nie podpisało należy wnioskować, że mają inne poglądy i przekonania, a w konsekwencji będą postępować wbrew sumieniu? Absolutnie nie. Po prostu mogli uznać taki publiczny akt moralnego wyboru za niekonieczny, bo przecież i tak wymaga on rzeczywistego potwierdzenia w konkretnych przypadkach.

Muszę przyznać, z niejakim zdumieniem, że największe niezrozumienie (a czasami wręcz słowną agresję) wywołało stwierdzenie o pierwszeństwie prawa Bożego nad prawem ludzkim oraz o wynikającej z tego autonomii sumienia, zgodnie z którym lekarz powinien działać. Przecież stwierdzenia te nie wnoszą nic nowego niż to, co zostało zapisane w klauzuli sumienia, a co wynika z zasady, że państwo nie może zmusić obywatela do działania wbrew jego sumieniu i wyznawanej religii. Gwarantuje mu to zresztą Konstytucja RP. Tak duże oburzenie na „Deklarację Wiary” jest moim zdaniem symptomem głębszego i szerszego problemu, jakim jest (nie)zdolność do współżycia ze sobą w jednym społeczeństwie ludzi wyznających różne systemy etyczne.

Świat nigdy nie był jednorodny i w gruncie rzeczy zawsze musieli żyć ze sobą ludzie wyznający różne wartości. Zasadniczo jednak w dawnych społeczeństwach to większość narzucała społeczeństwu jeden system etyczno-prawny, do którego wszyscy musieli się podporządkować. Nowożytna demokracja upomniała się o prawa mniejszości, co najczęściej kończy się jakimś „uśrednieniem” standardów etycznych i prawnych. Jedno prawo chce zaspokoić oczekiwania wszystkich. To jednak – jak wiadomo – bardzo trudne, a wręcz niemożliwe. Klauzula sumienia jest właśnie po to, aby egzekwowanie prawa – wkraczając na obszar sumienia – nie generowało konfliktów. Mówiąc inaczej, pozwala ona – w określonych warunkach – pozostać wiernym zasadom wynikającym z sumienia i wyznawanej religii. Lekarz jest takim samym obywatelem jak każdy inny i ma prawo – także w działalności zawodowej – kierować się własnym sumieniem i wiarą, którą wyznaje. Wolność sumienia i wyznania jest integralnym elementem ludzkiej tożsamości, trudno więc kazać komukolwiek, by religię i sumienie pozostawiał w domu, a w przestrzeni publicznej stawał się kimś wypranym z tego istotnego elementu. Poza tym – siłą rzeczy – gdy przestaje się wyznawać jakiś system moralny, człowiek staje się automatycznie przymuszonym „wyznawcą” innego systemu. Człowiek bowiem nigdy – w sensie ścisłym – nie jest amoralny. Każdy jego czyn będzie podlegał ocenie etycznej – w takim czy innym systemie. Nie ma więc czegoś takiego jak moralność neutralna czy neutralny światopogląd, z natury rzeczy bowiem moralność jest zawsze „jakaś” (bo ma jakieś kryteria oceny dobra i zła) i zawsze „jakiś” jest światopogląd.

Myślę, że powinniśmy w Polsce podjąć rzeczową dyskusję nad standardami wzajemnego współżycia ludzi, którzy wyznają inne systemy etyczne (religijne czy niereligijne). Dopóki żyjemy „obok siebie” nie wydaje się to konieczne, ale przychodzą momenty, kiedy nagle zostajemy „na siebie skazani”, a wtedy nasze etyki wchodzą ze sobą w konflikt. Jedne kraje już to przerobiły, inne – mają to wciąż przed sobą. W swojej książce pt. „Copyright na Jezusa” opisywałem wiele przypadków, gdy dochodzi do konfliktu między sumieniem człowieka a obowiązującym systemem prawnym. W Kanadzie, która jest krajem multikulturowym, dopracowano się standardu współżycia, który się nazywa l’accommodement raisonnable („dostosowanie w granicach rozsądku”). Chodzi o zasady, według których przedstawiciele religii (chrześcijańskiej, żydowskiej, sikhizmu, islamu i innych) mogą pozostać wierni swojej religii i etyce w państwie, które chce zachować normę neutralności wobec wszystkich obywateli. Są przecież religie, które – inaczej niż chrześcijaństwo – formułują bardzo wiele szczegółowych przykazań regulujących życie codzienne, których nieprzestrzeganie jest dla ortodoksyjnego wyznawcy grzechem. Państwo nie może kreować takiej sytuacji, by wyznawca został faktycznie przymuszony do podejmowania czynności zabronionych według norm danej religii. Ta zasada dotyczy choćby ubioru czy też standardów medycznych stosowanych wobec kobiet muzułmańskich (np. wizyta u mężczyzny ginekologa czy poród), koszerności posiłków, elementów ubioru religijnego sikhów, a także pracy w sobotę przez wyznawców Kościołów adwentystycznych. W Europie toczy się w niektórych państwach debata nad klauzulą sumienia dla urzędników państwowych, która zwalniałaby ich z konieczności asystowania przy małżeństwach związków jednopłciowych, jeśli rodzi to ich konflikt sumienia. Standardem współżycia w społeczeństwie różnych ludzi wcale nie musi być jakaś etyczna „urawniłowka”.

Są w Polsce lekarze wierzący i niewierzący, pacjenci wierzący i niewierzący. I jedni i drudzy mają prawo, by procedury medyczne, w których biorą udział (aktywny czy pasywny) nie zmuszały ich do podejmowania takich decyzji czy też wykonywania tych czynności, które stają w sprzeczności z ich wiarą, etyką i sumieniem. I to jest ten – dla niektórych – niebezpieczny prymat prawa Bożego nad ludzkim. Żyjemy w kraju, w którym funkcjonuje klauzula sumienia wobec lekarzy, co oznacza, że państwo – w tym przypadku – nie uzurpuje sobie prawa do ingerencji w sumienie człowieka. Reakcje na deklarację pokazują, że tendencje do takiej ingerencji ma przynajmniej część polskiego społeczeństwa, która chciałaby wymusić na innych, aby działali wbrew sumieniu. Być może słowo, którego użyję jest niebezpiecznie wielkie, ale to jest chyba jakaś forma społecznego totalitaryzmu.