Przyznam, że dość długo się wahałem, czy odnieść się do manifestu Konrada Sawickiego „Kościół dla mniej praktykujących”. Ale kiedy znalazłem jego tekst na stronie Tok FM w niedzielę, czyli w dzień najważniejszej „praktyki” Kościoła, doszedłem do wniosku, że chyba czas się odnieść. W jego tekście kluczowe zdają się być trzy słowa: praktyki, peryferie, Kościół. Wszystkie one – moim zdaniem – domagają się komentarza. Bo w gruncie rzeczy w Kościele nie chodzi o takie czy inne praktyki, chodzi o zbawienie – i to z tym jest największy problem.

Konrad (pozostanę przy imieniu, wszak kolega redakcyjny) proponuje następującą definicję peryferii: „Ludzie, którzy najczęściej są ochrzczeni, uznają się za ludzi w jakiś sposób wierzących, często przyznają się do tradycji katolickiej lub – szerzej – chrześcijańskiej, ale z jakichś powodów z instytucją Kościoła są na bakier albo z Bogiem toczą swój osobisty spór”. Trudno mi się z tą definicją zgodzić, choć sam mam trudność z precyzyjnym nazwaniem peryferii. Konrad powołuje się na papieża Franciszka, ale to u niego właśnie pojęcie to jest bardzo wieloznaczne. Obejmuje ono bardzo różnorakie doświadczenia: ubóstwo, samotność, smutek, choroba, więzienie, cierpienie, rozlew krwi, niewola, grzech, ból, niesprawiedliwość, ignorancja, bieda, oddalenie, obojętność, odczuwanie głód Boga. Jak widać, kategoria ta obejmuje doświadczenia, które sytuują się w wielu obszarach: religia, bieda materialna, ubóstwo ducha, doświadczenie niesprawiedliwości, grzech. Po przeanalizowaniu wielu papieskich wypowiedzi wypracowałem na własny użytek taką oto definicję: „Peryferiami w sensie teologicznym możemy określić wszelkie te sytuacje, «gdzie wierni są najbardziej narażeni na napaść tych, którzy pragną ograbić ich z wiary». Owo «ograbienie» dokonuje się wtedy, gdy jakiekolwiek negatywne doświadczenie rzutuje na relację religijną, skutkuje zwątpieniem w otrzymane zbawienie”. A to właśnie zbawienie stoi w centrum chrześcijańskiego orędzia.

Żeby praktykować wiarę – myślę tutaj najpierw o pierwszym kręgu zakreślonym przez Konrada: „Pierwszy obejmuje sakramenty (ze wskazaniem na regularną mszę), rozważanie Pisma Świętego i modlitwę” – trzeba mieć ku temu motywację. Problemem nie jest bowiem samo „mniej praktykowanie” – bo ono musi przecież z czegoś wynikać, ale kryzys pojęcia i znaczenia zbawienia. Jeśli przed współczesną teologią stoi jakieś ważne zadanie, to w moim przekonaniu jest nim właśnie redefinicja zbawienia. Jeśli bowiem Kościół, Msza, praktykowanie „nie służą” zbawieniu nie mają żadnego sensu. Czy współczesny człowiek nie potrzebuje zbawienia? Współczesny człowiek przede wszystkim nie rozumie pojęcia zbawienia. Sobór Trydencki nakazywał kaznodziejom, by pouczali o cnotach, które należy kultywować, i wadach, których należy się wystrzegać, aby – przede wszystkim! – uniknąć wiecznego potępienia, a dostąpić wiecznego zbawienia. Jak to przełożyć na myślenie i kategorie współczesnego człowieka, by zbawienie było dla niego pożądaną wartością? Znamienne było dla mnie to, że kiedy jeden ze znajomych zapytał na FB „Czy istnieje piekło?”, na post odpowiedziała tylko jedna osoba. Piekło nie leży dzisiaj w obszarze naszych zainteresowań. I nie ma bardziej dla Kościoła ważniejszych peryferii jak wszystkie te miejsca, w których zbawienie jest zagrożone: zaczynając od pragnienia zbawienia aż po zwątpienie w zbawienie.

Teraz można pomyśleć o ewentualnych praktykach, a właściwie o jednej – o mszy św. Po co na nią iść? Tylko po to, by świętować zbawienie. Po nic innego. Konrad na swojej stronie „Kościół dla mniej praktykujących” przytacza słowa papieża Franciszka wypowiedziane 12 lutego: „Jeśli każdy z nas nie czuje potrzeby łaski Bożego miłosierdzia, nie czuje się grzesznikiem, to lepiej, żeby nie chodził na Mszę św.! Bo my idziemy na Mszę św. gdyż jesteśmy grzesznikami i chcemy otrzymać Jezusowe przebaczenie, mieć udział w Jego odkupieniu, w Jego przebaczeniu”. Otóż to. Nic dodać, nic ująć. Pragniemy albo nie pragniemy zbawienia, miłosierdzia, odkupienia, przebaczenia. Co więcej, to pragnienie realizujemy poprzez uczestnictwo we Mszy św., bo to właśnie w jej trakcie wspominamy śmierć i zmartwychwstanie Pana, źródło i rękojmię naszego zbawienia. To prawda, że „nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają” (Mt 9,12). Pod jednym wszakże warunkiem, że zdają sobie sprawę z tego, że się źle mają, a w konsekwencji – że potrzebują lekarza.

Kościół jest niedoskonałym narzędziem, może nawet bardzo niedoskonałym. Nie mamy jednak innego. Dyskusja o Kościele jest zapewne potrzebna, wszystko trzeba bowiem zrobić, by był on narzędziem jak najbardziej transparentnym i skutecznym. Zapewne na „praktykowanie mniej” ma także duży wpływ to jak ta instytucja funkcjonuje. I zapewne nie należy zaczynać od tego, by ludzi namawiać, aby „praktykowali więcej”. Konrad cytuje Franciszka, który pisze: „Wspomnijmy o środowisku osób ochrzczonych, które jednakże nie żyją zgodnie z wymogami chrztu św., nie przynależą całym sercem do Kościoła, nie doświadczają już pociechy płynącej z wiary. Kościół jako zawsze troskliwa matka stara się, aby przeżyli oni nawrócenie, które przywróciłoby im radość wiary oraz pragnienie zaangażowania się w Ewangelię” (EG 14). Otóż to. Ostatecznie chodzi o nawrócenie, z którego będą później wypływały wszystkie potrzebne praktyki, także te realizowane w Kościele.

Znam Kościoły, które niegdyś były bardzo praktykujące, z czego dzisiaj niewiele pozostało. Praktykowanie bądź nie jest probierzem bardzo wątpliwym. Czasami więcej mówi o kościelności niż o wierze. Na pewno byli – a może jeszcze są – praktykujący, a niewierzący. Podobnie „praktykowanie mniej” może się brać z bardzo wielu powodów, a przynajmniej z dwóch: „z jakichś powodów z instytucją Kościoła są na bakier albo z Bogiem toczą swój osobisty spór” – jak słusznie pisze Konrad. Przyznam, że wolę tych drugich niż tych pierwszych. Tym bowiem chodzi o zbawienie. Dlatego od grup wsparcia w niedoli – które często polegają na wzajemnym poklepywaniu się po plecach – wolę grupy nawrócenia.