Mój ostatni wpis na blogu zaowocował dyskusją na Facebooku. W komentarzu pojawiały się słowa: nawrócenie, przebaczenie, ale także nienawiść, sprawiedliwość czy zagrożenie. Kwestia, dla której punktem wyjścia był casus Trynkiewicza jest bardzo, bardzo skomplikowana. Ma wymiar prawny, moralny i społeczny. Można mówić o resocjalizacji, nawróceniu, przywróceniu do społeczeństwa. W jakimś sensie jeden proces warunkuje drugi, ale przecież nie są to procesy tożsame. Przykład zakonnic, które przyjęły wspólniczkę pedofila i mordercy Marka Dutroux, po odbyciu części kary i warunkowym zwolnieniu z więzienia, a także reakcja części społeczeństwa na ten gest pokazał, że wszystkie te skomplikowane procesy dotyczą nie tylko tego, kto wyrządził krzywdę oraz bezpośrednich pokrzywdzonych, ale także nas jako społeczeństwo, w tym – nas jako wspólnotę ludzi wierzących. Jak jest nasza współodpowiedzialność za nawrócenie, resocjalizację, powtórne przyjęcie do społeczeństwa?

Jedną z kwestii, które się pojawiły w toku dyskusji, było pytanie o to, dla kogo ważniejsze jest przebaczenie: dla tego, kto skrzywdził, czy dla tego, kto został skrzywdzony. Drugie wiążące się z tym pytanie dotyczy tego, kto powinien zainicjować przebaczenie i czy jest ono czymś warunkowane – np. prośbą winnego o przebaczenie. Model ewangeliczny, który ujawnia się w przypowieści o synu marnotrawnym nie pozostawia – moim zdaniem wątpliwości – przebaczenie jest uprzednie wobec wyznania win i skruchy. Jeśli jest inaczej – jeśli jest ono warunkowane upokorzeniem się winowajcy – nie jest żadnym ewangelicznym przebaczeniem, a jedynie okazaniem łaski z pozycji moralnej wyższości. Ojciec przecież przebaczył synowi już w momencie, gdy ten zgrzeszył, nie czekając na akt skruchy i żalu marnotrawnego syna. A gdy wrócił, wziął syna w ramiona i ucałował zanim ten zdołał wydobyć z siebie słowa prośby o przebaczenie. W logice ewangelicznej przebaczenie wcale nie jest uzależnione od skruchy i przyznania się do winy. To właśnie świadomość bycia kochanym i świadomość nieustannej gotowości do przebaczenia ze strony Boga „rozbraja” grzeszność człowieka. Miłość Boga jest bezwarunkowa i uprzedzająca. Tylko taka świadomość pozwala na prawdziwą skruchę. Bóg nie przebacza nam dlatego, że się przed Nim korzymy, ale korzymy się przed Nim, gdyż jesteśmy pewni Jego przebaczenia. Żeby wrócić „z dalekiej krainy” trzeba mieć do kogo i do czego wracać. Trzeba mieć choć minimalną nadzieję. Nie da się prosić o przebaczenie ze strachu przed karą. Tak może sobie – być może – wyprosić lżejszą karę albo amnestię, ale czy prawdziwe przebaczenie? No i najważniejsze: czy da się ten ewangeliczny model relacji człowiek – Bóg przenieść na naszą ludzką rzeczywistość? Oczywiście proces przebaczenia musi się dokonywać pomiędzy „stronami krzywdy”, jeśli można tak powiedzieć. Na pewno nikt nie ma prawa przebaczać w czyimś imieniu ani za koś. Ani też żądać od kogoś akt przebaczenia dla jego krzywdziciela. Nie przebacza się na rozkaz albo z posłuszeństwa. To jest proces długi i skomplikowany. Przebaczenie jest bowiem przede wszystkim procesem uzdrowienia tego, komu została wyrządzona krzywda. Społeczeństwo nie jest po to, by przebaczać: ani w czyimś indywidualnym imieniu, ani jak całe społeczeństwo. Normy życia społecznego domagają się sprawiedliwej kary, naprawy krzywdy – jeśli to możliwe, ochrony przed dalszą potencjalną krzywdą. Można zadekretować amnestię, ale ona nie ma nic wspólnego z przebaczeniem.

Natychmiast pojawia się pytanie o to, co ma być konsekwencją deklaracji osobistego przebaczenia. Do czego można „dopuścić” tego, komu przebaczyliśmy? Przypowieść o synu marnotrawnym jest w tym miejscu znamienna. Chętnie zgodzilibyśmy się na to, co się wydaje sprawiedliwe: jakiś dalszy rząd, jakieś gorsze zajęcie, zamieszkanie w suterenie, przybudówce, praca z tych najbardziej upokarzających. Ojciec reaguje zupełnie inaczej: pierścień, suknia, jadło i napitek, zabawa: pełny powrót do życia. Czy jesteśmy do tego zdolni? (Tego dotyczył przypadek adopcji zabójcy, którą zadeklarowali rodzice zamordowanej) Powtarzam – my (skrzywdzeni), nie oni – krzywdziciele. Nasza zdolność przyjęcia nie jest warunkowana ich zdolnością powrotu. Jeśli już, to odwrotnie.

Gest zakonnic wobec Michelle Martin nie jest w sensie ścisłym żadnym aktem przebaczenia. Nie im wyrządziła ona krzywdę. Ich gest jest uwarunkowany sytuacją prawną tej kobiety i wprost z niego wynika. Jest praktyczną odpowiedzią na pytanie, czy społeczeństwo – w jakimkolwiek wymiarze – jest zdolne, by na nowo przyjąć ją do siebie i stworzyć warunki, w których ta kobieta mogłaby rozpocząć jakieś „nowe życie”. Deklaracja zakonnic nic nie mówiła o przebaczeniu, jedynie o potencjale dobra, które jeszcze nie zostało w niej zniszczone i na którym można by budować dalszą egzystencję tej kobiety.

Prawo nie zna przebaczenia, ale zna instytucję zatarcia. Po określonym okresie czasu dane przestępstwo uważa się za niebyłe, co może być ważne na przykład w przypadku starania się o pracę. Zatarcie skazania ma pełnić funkcję ułatwiającą integrację skazanego ze społeczeństwem. Chodzi o to, by czyn, którego się kiedyś dopuścił, nie „ciągnął się” za nim w nieskończoność, a tym samym, by ułatwić człowiekowi nowe życie, nowy start, nową przyszłość. Człowiek bowiem składa się nie tylko z tego, co zrobił, ale także z tego, co może jeszcze dokonać: dobrego lub złego. I tutaj właśnie państwo – w imieniu społeczeństwa musi rozsądzić, czy w danym przestępcy ten potencjał zła wydaje się większy niż potencjał dobra. Jeśli stanowi bezpośrednie zagrożenie – trzeba chronić społeczeństwo. Ale przecież nie można nikomu zupełnie odmówić możliwości zmiany życia (poza przypadkami klinicznymi).

Zatarcie dokonuje się jednak jedynie „w papierach” i to nie we wszystkich. Trudno „zatrzeć” historię, społeczną reputacje, medialne sprawozdania, które zostaną już na zawsze w sieci. „Zatracie” nie znosi ludzkiej pamięci. Opisywany przez Mariusza Szczygła przypadek Ewy T., skazanej za pobicie ze skutkiem śmiertelnym sześcioletniego Tomka, jest tutaj znamienny. Dzięki zatarciu mogła uczyć matematyki i religii, a nawet stałą się ekspertem MEN. Prawo jej tego nie zabraniało, ale czy miała moralne prawo? Społeczeństwo nie było przygotowane na taki jej „powrót”. Przecież „zatarcie” nie świadczy o zmianie człowieka, nic nie mówi o jego kondycji moralnej.

Nie wiem, co zrobi Trynkiewicz i co z Trynkiewiczem zrobi państwo polskie, społeczeństwo, jak na jego wyjście zareagują rodziny pokrzywdzonych. I, broń Boże, nie chcę dawać żadnych porad nikomu. Ta sytuacja ujawniła – w sposób niezwykle wyrazisty – że przyszłość przestępcy jest czymś niezwykle skomplikowanym. I nie ma tutaj jednej płaszczyzny, na której problem należy rozwiązać. Przebaczenie ze strony ofiar czy ich rodzin nie ma nic wspólnego z wydaniem sprawiedliwej kary, jej zmniejszeniem, wyjściem warunkowym itd. Z kolei zatracie skazania to nie jest ani społeczna amnezja ani akt urzędowego przebaczenia. Z drugiej zaś strony, społeczna rewalidacja człowieka, który opuszcza więzienie, może się dokonać bez jakiejkolwiek formy przebaczenia dokonanego przez kogokolwiek.

Tak czy inaczej, co innego ludzkie przebaczenie, co innego prawne zatarcie, co innego społeczne zapomnienie. To wcale nie musi iść w parze. Jedno jest pewne: los człowieka po wyroku zależy nie tylko od niego samego. Jakąś współodpowiedzialność ponosi też społeczeństwo, do którego tak czy inaczej powraca. Zdanie się na jego łaskę – niełaskę to także jedna z konsekwencji popełnionego zła. Michelle Martin miała to szczęście, że znalazła w tym społeczeństwie azyl, który ma jej dopomóc odnaleźć w sobie na powrót człowieczeństwo. Znalazł się ktoś, kto zaryzykował, by dać jej szansę. Nie wszyscy to jednak zaakceptowali.