Debata o granicach wolności w sztuce nieoczekiwanie poszerzyła się o debatę o granicach wolności reakcji na sztukę. Najpierw debatowano tylko, co wolno artyście. Równie ciekawe – a może nawet ciekawsze – okazuje się pytanie, co wolno odbiorcy. Może niektóre radykalne reakcje są bardziej zasadne niż nam się wydaje, a akty niszczenia dzieł sztuki – naturalną konsekwencją? Nie, nie wzywam do usprawiedliwiania chuligaństwa. Próbuję jedynie pokazać, do czego sztuka może doprowadzić. Bo jeśli artyście – jak chcą niektórzy – wolno wszystko, to co wolno odbiorcy?

Iwo Zmyślony w tekście opublikowanym na portalu Fronda.pl odpowiada Marii Patynowskiej, która wzięła z nim udział w Centrum Sztuki Współczesnej w debacie o wolności sztuki. Twierdzi on, że „porównywanie pracy artysty, która (a) powstała w bardzo konkretnej artystycznej tradycji, (b) została uznana za dzieło sztuki przez kompetentne gremia krytyków, historyków sztuki i kuratorów, (c) była też wielokrotnie reprodukowana i wystawiana – z wtargnięciem na wystawę i zniszczeniem tej pracy przez jakiegoś chuligana, jest jawnym nadużyciem”. Według niego takie myślenie „usprawiedliwia niszczenie wszelkich symboli – od tęczy na Placu Zbawiciela począwszy, przez posągi Buddy w Bamianie, na wizerunkach katolickich świętych podczas Rewolucji Francuskiej skończywszy. Dlaczego nie traktować tych wszystkich gestów jedną miarą? W końcu zawsze po jednej stronie jest symbol, po drugiej czyjeś uczucia religijne”. Nie, takie myślenie oczywiście niczego nie usprawiedliwia, ale wiele wyjaśnia.

Podczas dyskusji, która odbyła się 9 grudnia w zielonogórskiej Palmiarni przy okazji promocji mojej książki, Piotr Bernatowicz, historyk i krytyk sztuki z Uniwersytetu Adama Mickiewicza, mówił o pracy Doroty Nieznalskiej jako – cytuję z pamięci – pracy, która niesie w sobie pewien ładunek agresji. Pomyślałem sobie, że jest w tym dużo prawdy. Są takie prace, które w odbiorze mogą być odczytywane jako agresywne. One też rodzą agresję w odbiorcy. Tak mogło właśnie być w przypadku pracy Markiewicza, gdzie akt pieszczoty krzyża przez artystę mógł zostać odebrany jako akt agresywny. Podobnie mogło być z reakcją na instalację „La nona ora” M. Cattelana przedstawiającą papieża przytłoczonego meteorytem. Podobnie można by interpretować gest Olbrychskiego, który wtargnął na wystawę prac Piotra Uklańskiego „Naziści” do „Zachęty” i szablą zniszczył fotogramy przedstawiające aktora w mundurze SS.

Oczywiście, historyk sztuki, krytyk, artysta będzie podkreślał – jak to robi Zmyślony – istotne różnice między dziełem sztuki a reakcją na nie. Tak, to prawda, że sztuka jest zawsze metaforą, przypowieścią, czymś niedosłownym, a wszystkie przytoczone powyżej reakcje są absolutnie dosłowne, a nie symboliczne. Jest szabla, która tnie, farba, która brudzi itd. Tyle tylko, że – jak mniemam – w rozumieniu tych odbiorców artysta wcale nie bierze tego, co robi w nawias, ale bierze to za rzeczywistość. Fakt, że Markiewicz posłużył się zabytkowym, autentycznym krucyfiksem, a nie jakąś uteatralizowaną „atrapą” bardzo silnie wzmocnił taką świadomość odbiorcy.

Takie myślenie jest zgodne chociażby z koncepcją W.J.T. Mitchella, który w książce „Czego chcą obrazy” pisze: „Akt niszczenia […] jako święty obowiązek nie powinien być w żadnej mierze czynnością prywatną czy sekretną. Najlepiej dokonywać go publicznie, otwarcie, by służył jako pouczająca demonstracją. […] Innymi słowy ikonoklazm jest czymś więcej niż niszczeniem obrazów: jest »niszczeniem twórczym«, ponieważ w momencie ataku na obraz-»cel« zostaje stworzony kolejny obraz – oszpecania lub unicestwiania” (s. 54-55). Mitchelle – jak widać – opisuje akt ikonoklastycznej agresji wobec wizerunku w kategoriach aktu twórczego, a więc działania artystycznego. Zaskakujące może być to, że taki tok myślenia wcale nie jest zupełnie obcy współczesnemu odbiorcy. Podczas wspomnianej debaty w CSW Jakub Dąbrowski, prawnik i historyk sztuki, też stwierdził, że akt zniszczenia, którego dokonano wobec pracy Markiewicza (faktycznie zniszczono ścianę, na której wyświetlano film, a nie sam film czy nośnik, na którym był nagrany) wydaje mu się bardziej adekwatny niż złożenie doniesienia do prokuratora o podejrzeniu popełnienia przestępstwa obrazy uczuć religijnych. W pewnym sensie reakcja dokonała się na tej samej płaszczyźnie co sama „akcja”. Sęk w tym, że „akcji” nadano znamiona sztuki, „reakcji” – chuligaństwa.

Oczywiście, daleki jestem od nazwania artystą każdego, kto się chce zamachnąć na dzieło sztuki, ale… Przecież – w jakimś sensie – w wyniku tego aktu „niszczenia twórczego” powstały jakieś – jak pisze Mitchell – „obrazy drugiego stopnia”. Do kanonu weszło już przecież zdjęcie Olbrychskiego zamachującego się szablą czy uszkodzone dzieło Cattelana. A teraz może do tego samego kanonu sztuki wejdzie zdjęcie ściany pokrytej farbą ikonoklasty?