Sąd Najwyższy zajął się ostatnio sakramentami Kościoła katolickiego, a dokładnie jednym – sakramentem namaszczenia chorych (według sądu: ostatniego namaszczenia). Powodem było udzielenie tegoż sakramentu choremu będącemu w śpiączce farmakologicznej, który to chory okazał się osobą niewierzącą. Sąd uznał więc, iż naruszono konstytucyjną wolność sumienia i religii, która gwarantuje tak wyznawanie, jak i niewyznawanie religii, a w konsekwencji – zarówno prawo do wykonywania religijnych rytuałów, jak i prawo do tego, by nie być do nich zmuszanym wbrew woli. Najciekawsza jest jednak sądowa „teologia” sakramentu…

W uzasadnieniu Sąd Najwyższy stwierdził, że „poddanie człowieka nieakceptowanym przez niego praktykom religijnym nie jest […] zdarzeniem drobnym, banalnym, niezasługującym na udzielenie ochrony” przewidzianej przez art. 23 kodeksu cywilnego. I właściwie trudno się nie zgodzić. Każdy ma prawo do tego, by go traktowano zgodnie z jego tradycją religijną i nie poddawano go rytuałom innych religii. Tak to by wynikało z normy prawnej. Rodzi się pytanie, jak ma się do tego teologia i świadomość religijna „poszkodowanego” i czy sąd powinien wziąć pod uwagę wynikające z teologii implikacje. Bo tak właściwie, co stanowi tutaj naruszenie wolności: sam fakt udzielenia sakramentu czy też jego potencjalne skutki – jego – że tak powiem – moc?

Szymon Hołownia na łamach „Rzeczpospolitej” pisał: „Nie jestem ateistą, ale na chwilę spróbuję się wczuć. Jeśli Boga nie ma, to wszystko co robią wierni (w tym księża), to nieszkodliwe gusła, hokus-pokus. To, co zrobił ów ksiądz, nic więc dla mnie nie znaczy (nie boli i nie zostawia śladów […]), ale to chyba miłe, że przyszedł i chciał pomóc? Gdybym ja, katolik, gdzieś w Azji trafił do szpitala i dowiedziałbym się później, że jakiś ściągnięty przez obsługę buddyjski mnich odprawił nade mną modły, odnalazłbym go, żeby mu podziękować. Bo choć zupełnie nie podzielam jego wiary, doceniam gest”. Czy wszyscy podzieliliby entuzjazm publicysty?

Dwie są tutaj kwestie ważne: wiara w skuteczność i ważność aktu modlitewnego oraz stosunek do samej modlitwy jako aktu religijnego. Nie znam pierwotnego pozwu, który sformułował ów chory. Załóżmy jednak, że powód – zgodnie ze swoim ateistycznym przekonaniem – traktował udzielony mu sakrament chorych „jak coś, co jego zdaniem obiektywnie nie zaistniało, puste słowa i puste znaki” – jak pisze Hołownia. Do takiego właśnie myślenia odwołuje się Hołownia, budując swoją analogię z modlitwami mnicha buddyjskiego. Nie jest wyznawcą buddyzmu, więc buddyjskie modlitwy nie mają dla niego wartości analogicznej do tej, jaką on przypisuje modlitwie chrześcijańskiej. I na tym się analogia kończy. Hołownia bowiem pisze, że – gdyby doszło do buddyjskiej modlitwy nad nim – odnalazłby owego mnicha, by mu podziękować, gdyż doceniłby życzliwy charakter modlitewnego gestu.

Tak, człowiek religijny docenia intencje drugiego wierzącego, nawet jeśli ten wierzy inaczej. Trudno jednak – jak się okazuje – zakładać podobną relację ze strony człowieka niewierzącego wobec „funkcjonariusza” religii, który czyni nad nim swoje rytuały. Odebrał on bowiem fakt modlitwy nie jako gest życzliwości, ale jako gest ingerencji w jego przestrzeń osobistą, do której – jak należy sądzić – nie chce i nie ma zamiaru pozwolić wkroczyć religii. Nie chodzi więc tutaj o potencjalną skuteczność czy nieskuteczność religijnego aktu, ale o sam fakt podjęcia tego aktu wobec niego jako osoby niewierzącej, czego dokonano bez jego wiedzy, świadomości i woli.

A jak rozumował sąd? W uzasadnieniu czytamy: „Przyjęcie sakramentu jest dla osoby wierzącej aktem o doniosłym wymiarze duchowym”. Zgoda. A czym jest ten sam akt dla osoby niewierzącej? Sąd natychmiast dopowiada: „Czynność, przez którą akt ten się dokonuje nie staje się banalna i nieznacząca w warunkach wykonania jej wobec osoby niewierzącej i deklarującej wobec niej swój sprzeciw”. I to jest bardzo interesujące stwierdzenie. Sąd bowiem przyjmuje, że okoliczności udzielenia sakramentu nie wpływają na charakter wykonywanej czynności. Czy należy z tego wnioskować, że sakrament ma takie samo znaczenie i wartość bez względu na to, czy udzielono by go osobie wierzącej czy niewierzącej?

Sąd proponuje nam więc zupełnie inne rozumowanie niż to, które przedstawił Szymon Hołownia. SN przyjął bowiem, że sakrament wykonywany „wobec osoby niewierzącej i deklarującej […] swój sprzeciw” wcale nie staje się pustym hokus-pokus, ale wciąż jest aktem niebanalnym i znaczącym, co ma uzasadnić negatywną reakcję niewierzącego na udzielenie mu sakramentu. Sąd poszedł więc wyraźnie w kierunku niejakiej obiektywizacji ważności sakramentu. Oczywiście, nie wypowiadał się co do sakramentalnej skuteczności, ale uznał, że na płaszczyźnie gestu symbolicznego o wymiarze religijnym namaszczenie jest czymś ważnym w obu przypadkach: wobec wierzącego, jak i niewierzącego. Ta „ważność” ma oczywiście różne wartościowanie, dla wierzącego jest pozytywna, dla niewierzącego – negatywna.

I takie rozumowanie ma także jakieś znamiona sensu. Znam wielu ludzi wierzących, którzy – inaczej niż Hołownia – nie chcieliby, aby nad nimi odprawiano jakiekolwiek rytuały religijne wzięte z innych tradycji czy wyznań. Bo choć taki niepokój wydaje się – jak wykazał Hołownia – z teologicznego punktu widzenia nielogiczny, to wielu będzie go odczuwało, gdy znajdzie się w „polu działania” jakiejś siły o charakterze religijnym. Będzie bowiem rodził się niepokój, czy – kto to wie – ten rytuał – bez względu na to czy wierzę czy nie wierzę – nie ma jakiegoś obiektywnego działania… Tylko czy na takie rozumowanie powinien powoływać się świecki sąd? Czy wystarczającym uzasadnieniem nie byłoby stwierdzenie, że poddając go rytuałowi katolickiemu naruszono wolność człowieka niewierzącego? No tak, ale z drugiej strony – od czego będzie zależeć stopień tego naruszenia? Czy jest on wypadkową stopnia ważności tegoż rytuału w jego pierwotnym, religijnym środowisku czy też od subiektywnego wrażenia osoby niewierzącej? Sąd – jak się wydaje – przyjął tę pierwszą wersję rozumowania. W konsekwencji jednak okazało się, że to co ważne dla wierzącego – sięgając do matematycznej kategorii wartości bezwzględnej – równie ważne okazuje się dla niewierzącego. Tak, ateizm w gruncie rzeczy jest postawą religijną. Można – jak widać – nawet popaść w ateistyczną dewocję. Do takiego przynajmniej wniosku można dojść czytając uzasadnienie wyroku polskiego Sądu Najwyższego.