Profanacja, bluźnierstwo, świętokradztwo – te określenia padały w ostatnich dniach nader licznie, a ich adresatem był Jacek Markiewicz, autor „Adoracji”, pracy sprzed 20 lat. Nieoczekiwanie jednak słowa te pojawiły się dzisiaj (09.11.2013 r.) w kontekście świątyni, a nie galerii sztuki. Bo to właśnie świątynia stała się przestrzenią, w której – w opinii wielu – doszło do profanacji. Otóż w warszawskim kościele pw. św. Augustyna w piątek odbył się pokaz najnowszej kolekcji polskiego projektanta mody Macieja Zienia pod znamienny tytułem „Jestem”. Sieć wrze od komentarzy i opinii na temat – nie tyle samej kolekcji – co wszystkiego, co dookoła: listy gości, formy zaproszenia na ten zamknięty pokaz, kreacji przybyłych. Dostępne są także zdjęcia modelek przechadzających się po głównej nawie kościoła, a przebierających w zakrystii – pod krucyfiksem. Słowem: zgorszenie.

Okoliczności tego pokazu są niejasne. „Chodzą” różne wersje: a to, że proboszcz nie wiedział, a to, że wmówiono mu, że to będzie pokaz mody ślubnej, a to, że ktoś inny maczał palce w procesie decyzyjnym. Dla wyjaśnienia całej sprawy i znalezienia winnego to oczywiście bardzo ważne okoliczności, które będą mówiły, czy wydanie decyzji to efekt naiwności, niewiedzy, nadmiernego zaufania wobec pomysłodawcy, wprowadzenia w błąd czy może – co, nie daj Boże! – w pełni świadomego namysłu. W pewnym sensie to nawet dobrze, że tego nie wiemy. Możemy bowiem ocenić samo wydarzenie, nie odwołując się do intencji organizatorów. Taki pokaz mody to także – podobnie jak praca Markiewicza – autonomiczny tekst kultury, na który składa się samo wydarzenie, znaczenia nadane mu choćby przez tytuł („Jestem”), jak i jego kontekst przestrzenny. Nie bez znaczenia jest także sposób obecności na tym wydarzeniu. Wokalista Madox na przykład się dostosował, ubrał koloratkę, rękę obwiązał różańcem… Jak ktoś napisał, „widocznie uznał, że skandalizujące miejsce domaga się skandalizującego stroju”.

Podkreślmy raz jeszcze: odpowiedzialność za to, co się stało, to jedno, a efekt w postaci zgorszenia – to drugie. O tym pierwszym aspekcie nie mam zamiaru pisać, bo ani nie mam wiedzy, ani nie czuję się upoważniony do oceny. Ten drugi aspekt wydarzenia domaga się jednak natychmiastowej reakcji. I to z wielu powodów. Po pierwsze, dlatego, że przestrzeń sakralna została wykorzystana wbrew jej przeznaczeniu. Nawet na wydarzenia stricte kulturalne jak koncert czy wystawa można kościół wykorzystywać jedynie pod określonymi warunkami (tematyka, ogólna dostępność, czasowe przeniesienie Sanctissimum). Tutaj mieliśmy do czynienia z wydarzeniem z dziedziny show-biznesu, a nie sztuki. Po wtóre, prezentowana kolekcja – bardziej w zamyśle autora niż w realizacji – miała kontekst religijny. W jednym z wywiadów przyznał, że „inspiracją stała się tematyka religijna i eleganckie stroje, które nosi się do kościoła”, ale – zaznaczył – „nawiązania do religijnych emblematów nie są dosłowne”. W pewnym sensie kolekcję „ureligijniać” miał kontekst przestrzeni sakralnej.

Maciej Zień nie jest pierwszym i zapewne nie jest ostatnim, kto będzie chciał się odwoływać do religijnych kontekstów. Zresztą u niego to – moim zdaniem – całkiem niewinne inspiracje. Daleko mu do – weźmy pierwszy przykład z brzegu – skandalizujących kolekcji Arkadiusa. Mam wrażenie, że sama przestrzeń i jej niedostępność bardziej go „kręciła” niż była to rzeczywista religijna inspiracja.

Reakcje na osławioną już pracę Markiewicza były zróżnicowane. W poprzednim moim wpisie na blogu napisałem, że rozumiem te reakcje, które wyrażają oburzenie z powodu profanacji krzyża. Są one wyrazem określonej wrażliwości, która ma bezdyskusyjne prawo do istnienia i do szacunku. Ale rozumiem także tych, którzy nie zareagowali oburzeniem, lecz podjęli się trudu wczytania się w pracę Markiewicza i poszukiwania w niej – być może zrazu nieczytelnych – sensów. Z pracą Markiewicza można bowiem i należy dyskutować, gdyż – jeśli się tylko chce tak odczytać – stawia ona bardzo ważne pytania o teologiczny status wizerunku. I tym się właśnie różni bluźnierstwo od profanacji. Ze szczerze wyrażonym bluźnierstwem da się dyskutować. Z profanacją – nie. Zwłaszcza wtedy, gdy wyrasta z głupoty bądź naiwności. Tym bardziej też domaga się ona przeproszenia. Także wtedy, gdy ten, kto zawinił, działał w dobrej wierze.

PS

Red. Tomasz P. Terlikowski komentarz na fronda.pl opatrzył konkluzją: „pokaz mody służył wyłącznie celom marketingowym, był więc tylko pustą profanacją miejsca świętego. Profanacją, którą porównać można z tym, co wydarzyło się w CSW”. Porównać można, ale oba wydarzenia są z zupełnie innych porządków. Jedno jest z porządku artystycznego, a drugie – z marketingowego. W tym pierwszym – odwołując się do intencji – autor chciał wyznać swoją wiarę/niewiarę, w tym drugim – stworzyć nową kolekcję mody. No i kadr jest zupełnie inny: jedno wydarzenie miało miejsce w galerii sztuki, drugie – w kościele, w czym – jakby nie było – na etapie decyzyjnym w jakiś sposób brał udział sam Kościół. Moim zdaniem, miara zgorszenia jest zupełnie inna.