Trzymam w ręku książkę „Wyzywająca miłość. Chrześcijanie a homoseksualizm” pod red. K. Jabłońskiej i C. Gawrysia, a wydaną przez „Więź”. Publikacja tej książki zbiegła się z rozesłaniem ankiety przygotowanej przez sekretariat przygotowawczy nadzwyczajnego synodu biskupów, który ma być poświęcony rodzinie i jej współczesnym problemom. Kościół pyta w tej ankiecie także o środki duszpasterskie wobec osób homoseksualnych, ale nie tylko. Pyta o to, co może zaproponować w sytuacji związków między ludźmi różnej czy tej samej płci, które nie są i nie można ich nazwać sakramentalnym małżeństwem. Po co Kościół to robi? Niektórzy się boją, że skutkiem tego mogą być zmiany w moralnym nauczaniu Kościoła. Nie wydaje mi się. Kościół pyta tu bowiem bardziej jak matka niż jako prawodawca.

Świat zmienia się na naszych oczach. To truizm. To, że zmienia się niekoniecznie w pożądanym kierunku, to także truizm. Pytanie, jak się do tych zmian ustosunkować? Godzić się? Dopasowywać? Tolerować? Hamować zmiany tam, gdzie tylko to możliwe? Świat, w którym żyjemy jest coraz bardziej niejednorodny. Normy prawne nie odpowiadają normom moralnym, a te coraz mniej fundowane są na normach religijnych czy nawet prawie naturalnym. Zmienia się także społeczne przyzwolenie na wiele zachowań, które niegdyś były powszechnie nieakceptowane. Paradoks polega na tym, że norma moralna pozostaje ta sama, jej akceptacja jest jednak coraz słabsza, gdyż coraz więcej zachowań moralnie nieakceptowanych jest prawnie dozwolonych. Co robić w takiej sytuacji?

Posynodalna adhortacja „Familiaris consortio” była taką pierwszą próbą wskazania, że także osoby, które żyją w stanie obiektywnego nieuporządkowania (np. osoby żyjące w powtórnym małżeństwie) mają prawo do opieki duchowej ze strony Kościoła. Nauka Kościoła w odniesieniu do moralnej oceny rozwodów nie zmieniła się, ale Kościół ma świadomość, iż istnieje coraz większa grupa ludzi, których stan sakramentalny raczej się nie zmieni, a których jednak nie może zupełnie odrzucić. Dzisiaj chyba raczej nikt nie kwestionuje duszpasterstwa osób rozwiedzionych i żyjących w powtórnych związkach cywilnych, nie widząc w tym wcale bezkrytycznej akceptacji tego stanu.

Kościół staje przed bardzo trudnym zadaniem, jakim jest – z jednej strony – troska o poszanowanie norm moralnych, które wynikają z prawa naturalnego, a z drugiej – troska, by zachować jak najwięcej swoich dzieci. Zwłaszcza wtedy, gdy dokonane wybory moralne uwikłane są w okoliczności, które „biorą w nawias” dobrowolność. Tak jest w przypadku osób, które żenią się powtórnie z powodu konieczności opieki nad dziećmi, tak jest z osobami, które wychowują się w związkach jednopłciowych itd. Oczywiście, te „stopnie niedobrowolności” są różne, ale nie można z góry założyć w każdej sytuacji, że wszyscy sobie wybierają ów stan przeciwny katolickiej normie moralnej z własnej woli i ochoty. Nie jest też tak, że nie żyją w sytuacji moralnego konfliktu pomiędzy tym, jak żyją a tym, jak powinni żyć według nauki Kościoła. Oczywiście, cały problem można skwitować słowami „Sami sobie są winni”. I tak też niektórzy uważają i powtarzają. Skutkiem takiego podejścia może być jednak ostateczna utrata wszystkich tych osób. Czy jednak wystarczy tylko ze smutkiem patrzeć jak odchodzą i modlić się o ich nawrócenie? Czy to rzeczywiście w pełni ewangeliczne?

We wspomnianej wyżej książce jest jeden bardzo pouczający rozdział, to korespondencja Cezarego Gawrysia ze Szczepanem Czerskim, ojcem chłopaka o orientacji homoseksualnej. To bolesne świadectwo ojca, który miota się pomiędzy miłością do dziecka a posłuszeństwem wobec moralnego nauczania Kościoła. „Zapytam wprost – czytamy w jednym z listów – co powinien zrobić katolicki ojciec? Wykląć swoje dziecko? Zerwać z nim wszelkie kontakty? Zaprzeć się ojcostwa?”. No właśnie. Czy rzeczywiście „tertium non datur”? Czy nie ma wyjścia pomiędzy bezkrytyczną akceptacją tego, co wydaje się (jest) nieakceptowalne a ryzykiem utraty dziecka? Czy rzeczywiście „po ojcowsku” jest powiedzieć dziecku, że dopóki tamten się nie zmieni, dopóty tego noga tam „nie postanie”?

Punkt dotyczący osób rozwiedzionych, które żyją w nowych związkach, we wspomnianej adhortacji kończy się zdaniem: „Niech Kościół modli się za nich, niech im dodaje odwagi, niech okaże się miłosierną matką, podtrzymując ich w wierze i nadziei”. Miłosierny ojciec, miłosierna matka – to nie są synonimy pobłażliwości, braku krytycyzmu czy źle rozumianej tolerancji. Niektórzy pewno będą twierdzić, że rodzicielska miłość może się także wyrażać wygnaniem dziecka z domu, a na pewno bierną zgodą na jego odejście. Można wtedy przynajmniej liczyć na dobre samopoczucie wynikające z ofiarnej – jak się zapewne w tej sytuacji uważa – obrony moralności. Inni powiedzą, że miłość potrafi usprawiedliwić wszystko, każde bezprawie – aż do zaślepienia. Kościół – jak mi się wydaje – wybiera drogę pośrednią: nie rezygnując z prawa do formułowania ocen moralnych, chce towarzyszyć człowiekowi tak długo jak się tylko da. Jak rozumiem, rozesłana ankieta jest wspólnym poszukiwaniem miary miłości. Miłość bowiem może się wyrażać zarówno w nieakceptowaniu tego, co nieakceptowalne, jak i w obecności tam, gdzie to tylko możliwe.