Przeczytałem w „Gazecie Wyborczej”, że wniesiono skargę do Trybunału Konstytucyjnego o zgodność art. 196, który penalizuje obrazę uczuć religijnych, z Konstytucją RP. Jednym z argumentów jest potencjalne ograniczenie debaty publicznej. Punktem wyjścia jest casus Dody, która została skazana prawomocnym wyrokiem zatwierdzenie, że autorzy Pisma Świętego byli napruci winem i palili zioła. Fakt ten skojarzył mi się z doniesieniem mediów o pomyśle pewnego fotografa, który uwiecznił na zdjęciach modelkę w bikini na żydowskim kirkucie. Podobno – by uwrażliwić na problem śmieci zalegających na tymże cmentarzu. Czy to też jest głos w debacie publicznej?

Odnoszę wrażenie, że w ostatnim czasie mamy do czynienia z fetyszyzacją wolności słowa, a właściwie z rozpowszechnieniem błędnego jej rozumienia. Wolność słowa jest prawem człowieka do posiadania własnej opinii, przekonań, zdania czy poglądu oraz prawem do publicznego głoszenia tychże. W tym zawiera się także prawo wolności artystycznej czy też prawo do krytyki. Podobno prawo to jest fundamentem demokracji. Debata publiczna jest zapewne sposobem realizacji tegoż prawa. I tutaj zaczynają się moje wątpliwości. Wydawało mi się bowiem, że w debacie publicznej obowiązują pewne standardy myślowe i etyczne. Że warunkiem wzięcia w niej udziału jest minimum kompetencji i elementarna przyzwoitość. Okazuje się jednak, że się mylę. O autorstwie Biblii może się wypowiadać wokalistka popowa, a jej „pogląd” zostaje nawet przez część opinii publicznej uznany za autorytatywny. Oczywiście, że każdy może się wypowiedzieć o wszystkim. Ja na przykład mogę się wypowiedzieć na temat hodowli dżdżownic kanadyjskich chociaż (a może właśnie dlatego że) się nie znam. W ten sposób w Polsce aktorów pytają o gospodarkę, a celebrytów o politykę międzynarodową, choć się znają na tym jak kura na pieprzu.

Oprócz (nie)wiedzy w debacie publicznej potrzebny jest jeszcze styl. Styl, jaki się coraz częściej prezentuje – każdy widzi. Dyrektorka instytucji kulturalnej ucieka się do wulgaryzmów, by wyrazić swoje zdanie o papieżu. Dziennikarz (?) telewizyjny wtyka chorągiewki w psie odchody, by się wypowiedzieć w kwestii patriotyzmu. Fotograf ugania się za półnagą modelką, by usłyszano ich głos w kwestii śmieci (odprysk debaty o ustawie śmieciowej?). Przykłady można by mnożyć.

Debata publiczna ma sens pod warunkiem, że jest merytoryczna, rzeczowa, uargumentowana. Niestety, niektórzy nie potrafią odróżnić krytyki od chamstwa, a na wulgaryzm trudno jest odpowiedzieć na poziomie. Powyższe przykłady pokazują jasno, że tego typu prowokacje do żadnej debaty publicznej się nie przyczyniają. Wypowiedź Dody żadnej dyskusji o autorstwie Biblii nie spowodowała, Wojewódzki nie otworzył nowej karty w debacie o patriotyzmie, a i fotograf z Kielc pewno nie stanie się guru ekologów. Wszyscy oni jednakowoż są kandydatami na męczenników za wolność słowa, bo prześladowani przez nietolerancyjne i – jak się okazuje – artystycznie i myślowo niewyrobione społeczeństwo.

Bergson mówił, że za komiczne uważamy to, co nas osobiście nie boli, wzrusza, wstrząsa. Jak się okazuje – nie tylko za komiczne, ale także za godne pogardy. Sąd w Białymstoku orzekł – jak wiadomo – że używanie przez funkcjonariusza straży granicznej sformułowania „pasożytnicze ścierwo” pod adresem Czeczenów jest dopuszczalne. A my się dziwimy piosenkarce, dziennikarzowi, fotografowi? Takie są dzisiaj standardy debaty publicznej. Schamiałe.