I jak tu jutro mówić kazanie? Ale może dobrze się składa, że jutro o Samarytaninie – o tym gorszym i wykluczonym, co to okazał się lepszy od „kapłana i sługi ołtarza”, którzy „popadli w hipokryzję” (Franciszek). To w gruncie rzeczy straszne, że tak bardzo skupili swój wzrok na drodze i na wyglądaniu świątyni na horyzoncie, że nie dostrzegli człowieka na poboczu. Teraz trzeba tę ewangelię odnieść do współczesności, jak każe homiletyka.

Przestrzegałbym tylko przed łatwymi aktualizacjami. Że ten Samarytanin to pewno ks. W. L., a hipokrytyczny kapłan to abp H. H. A może jeszcze inaczej: że ks. W. L. to ten pobity, zbójcy noszą inicjały pewnego arcybiskupa, a w Samarytanina wcielili się życzliwi dziennikarze, co niby z miłosierdziem i na swoich ramionach… Ks. Artur Stopka, po lekturze porannej prasy, dodał: „Można też tak, że zbójcy to dziennikarze i niektórzy politycy, napadnięty i pobity pewien hierarcha, a obojętny (skupiony na sobie) jeden medialny proboszcz..”. Można, ale obawiam się, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

„Jeśli napadnięty jest obrazem człowieka, wtedy Samarytanin może być tylko obrazem Jezusa. Bóg – obcy nam i daleki, wyruszył w drogę, by zająć się swym rozbitym stworzeniem. Bóg daleki stał się nam bliski w Jezusie Chrystusie” – mówi papież Benedykt XVI. I niech tak zostanie. To jedyne rozwiązanie tego równania metodą „przez podstawianie”, jakie jest właściwe. Hipokryzję zostawmy nam wszystkim. I nam wszystkim zbójectwo. To z tego trzeba się nam wszystkim nawracać, by Samarytanin mógł nosić także nasze inicjały.

„Musimy podjąć wysiłek zdobywania na nowo odwagi bycia dobrym. Okaże się to możliwe, jeśli sami staniemy się wewnętrznie »dobrzy«” – raz jeszcze Benedykt. Ale nie stanie się to nigdy, jeśli będziemy żyć w przekonaniu, że Lampedusa jest zawsze „gdzie indziej”. I jeśli z takim samym przekonaniem będziemy szli do ołtarza i od niego wracali. I kapłani, i słudzy ołtarza wszelacy po tej i tamtej jego stronie. Do kitu taka pobożność, bo – jak pisał ks. Jan Twardowski – „to wszystko psu na budę bez miłości”.

PS

Tekst ten w pierwotnej wersji ukazał się na FB, ale – lekko zmieniony – umieściłem go tu „na prośbę”.