Przed kilkoma dniami o. Kasper Kaproń OFM, misjonarz w Boliwii, napisał na swojej ścianie na FB: „Podniosło mi ciśnienie. Rząd boliwijski w ramach procesu dekolonizacji zmienił system edukacji i w szkołach nie ma już zajęć z religii, lecz z przedmiotu, który nazywa się teraz cosmovision. Nieważne, ma do tego prawo. Ale oto przyszedł do mnie jeden z nauczycieli tego przedmiotu z prośbą, abym zasponsorował wyjazd na szkolenie realizowane przez boliwijskie Ministerstwo Edukacji. Rząd organizuje szkolenia dla dawnych nauczycieli religii, aby wpajać im, jak mają teraz uczyć nowego przedmiotu (czyli religii przedkolumbijskich), a ponieważ nauczyciele nie mają funduszy na szkolenie, to przychodzą do parafii, aby ta zafundowała wyjazd. Bo w sumie jaka różnica: uczyć religii chrześcijańskiej czy kultów pierwotnych”. Lektura ustawy – prawo edukacyjne z 20 grudnia 2010r. jest bardzo pouczająca. Pokazuje bowiem kierunek, w jakim mogą pójść nie tylko kraje Ameryki Łacińskiej i jak dalekosiężne mogą być chyba do końca nieprzewidywane konsekwencje ewangelizacji.

I tak art. 3, par. 1 wspomnianej ustawy głosi, ze edukacja ma mieć charakter: „dekolonizacyjny, wyzwoleńczy, rewolucyjny, antyimperialistyczny, depatriarchalny”. Jest „nakierowana na reafirmację kulturową narodów i ludów, rdzennych mieszkańców, wspólnot międzykulturowych i afroboliwiańskich, aby ukształtować Państwo Wielonarodowościowe i aby Żyć Dobrze”. Par. 6 tego artykułu odnosi się do kwestii miejsca religii w systemie edukacyjnym. Edukacja jest „świecka, pluralistyczna i duchowa [espiritual], uznaje i gwarantuje wolność sumienia i wyznania oraz nauczania religii, jak również duchowość rdzennych narodów i ludów, promuje wzajemny szacunek i współistnienie między ludźmi różnych opcji religijnych bez dogmatycznego nakłaniania oraz propaguje dialog międzyreligijny”. Z kolei art. 4, par. 5 jako cele edukacyjne wymienia m. in.: „wobec wszelkich działań niszczących, działać na rzecz współżycia pełnego harmonii i równowagi istoty ludzkiej z Matką Ziemią, szanując i odtwarzając różne wizje świata [cosmovision] i kultury”.

Można by powiedzieć, że nie bardzo jest się do czego przyczepić: jest multi-, jest pluri-, jest wielo-. Trudno żeby było inaczej w kraju, którego struktura ludnościowa jest prawdziwą mieszanką kultur. Zamieszkują go Indianie, metysi, biali, ludność pochodzenia afrykańskiego. Każdy ze swoją kulturą. Jest jeszcze jeden przedrostek, który dużo mówi o planowanym charakterze edukacji: „de-”, który wskazuje na charakter zmian: dekolonizacja i depatriarchalizacja. No i jeszcze „anty-” jak antyimperialistyczny. Wszystko to bardzo dobrze pokazuje kierunek zmian, które w ostatnich latach mają miejsce na tym kontynencie, zwłaszcza w krajach coraz głośniej odwołujących się do tradycji prekolumbijskiej, jak Boliwia właśnie. Cezura, jaką stanowi „odkrycie Ameryki”, po którym to odkryciu natychmiast przybyli katoliccy (a potem protestanccy) misjonarze, coraz częściej staje się także politycznym punktem odniesienia. Niestety, bez względu na to, ile w tym prawdy, pewne procesy w świadomości ludów tamtych krajów się nakładają: kolonizacja, chrystianizacja, wyzysk kapitalistyczny, unicestwienie kultur pierwotnych, wyniszczenie przyrody. Odpowiedzią na te procesy jest rewolucja, która skierowana jest przeciwko wszystkiemu, co obce, opresyjne, zniewalające. I żadne wynalazki cywilizacyjne czy postęp nie potrafią tego zrównoważyć. W ten sposób rodzi się niezwykły amalgamat rewolucyjny: ekonomiczny, polityczny, religijny, ekologiczny, a nawet genderowy.

Kto wie, czy największym poszkodowanym w tym procesie nie będzie właśnie chrześcijaństwo, ewangelizacja i misje. Nie ulega bowiem wątpliwości, że chrześcijaństwo było wehikułem dla zmian cywilizacyjnych, a te znowu owocowały nieodwracalnymi skutkami w strukturze społecznej czy w mentalności rdzennych mieszkańców. Pierwszy indiański prezydent Boliwii, Evo Morales wcale pewno nie uważa, że są to zmiany nieodwracalne. Dlatego wiele podjęto w ostatnich latach działań na rzecz ograniczenia obecności Kościoła w edukacji i w przestrzeni publicznej, a jednocześnie uruchomiono wiele działań prowadzących do restauracji wierzeń prekolumbijskich (jak na przykład lekcje „cosmovison”). Sam bierze udział w tradycyjnych ceremoniach plemienia Aymara.

Oczywiście, każdy może wierzyć w co chce, a wolność religijna i równość wierzeń i wyznań w danej strukturze społecznej jest dzisiaj postulatem zupełnie (choć nie dla wszystkich) zrozumiałym. Boję się jednak czegoś innego: że chrześcijaństwo wcale nie stanie się jedną z równoprawnych religii. Że to ono poniesie największe konsekwencje postulowanej „rewolucji”. W retoryce odwołującej się do okresu prekolumbijskiego jako czasu sprzed „początku końca” chrześcijaństwo może być postrzegane już nawet nie jako narzędzie, wehikuł, ale jako źródło wszystkiego, przeciwko czemu występuje dzisiaj Morales: imperializmu, wyzysku, patriarchatu, kolonizacji, katastrofy ekologicznej itd. Wszystko to przyszło z Hiszpanami i Portugalczykami (a potem innymi Europejczykami), którzy nieśli nową religię, a z nową religią – nową cywilizację.

Nie pomnę już źródła, ale pamiętam opis pewnych „działań ewangelizacyjnych” dokonywanych u początku chrześcijaństwa na Pomorzu. Gdy misjonarze rozbijali mieczami posągi pogańskich bożków, rozlegał się płacz i zawodzenie miejscowych, a ludzie rwali sobie włosy z głowy i rzucali się na uzbrojonych misjonarzy w obronie swych bóstw. Tak, my wiemy, że przecież – powodowani troską o ich życie wieczne – ostatecznie nieśliśmy tym ludziom zbawienie w Jezusie Chrystusie. Ale dla nich to był wówczas jedynie tragiczny koniec ich świata, o czym zbyt szybko zapominamy. Mam wrażenie, że ta świadomość, przez wieki gotująca się pod często pozornym chrześcijaństwem, dzisiaj się właśnie budzi – świadomość, że chrześcijaństwo jest religią obcych, religią kolonizatorów i najeźdźców.

Misje są wciąż przed nami – choćby jako nowa ewangelizacja – ale podejmując misje, trzeba pamiętać o dwóch kwestiach. Po pierwsze: w jaki sposób głosimy Ewangelię? Czy jest ona wolną propozycją? I po drugie: jaką cywilizację wraz z nią przynosimy? Żeby się nam to potem nie odbiło taką postkolonialną czkawką, której przykładem są edukacyjne propozycje w Boliwii.