Dobrze móc być – przynajmniej od czasu do czasu – dumnym ze swoich biskupów. 28 czerwca 2013 r. to kolejny dzień, w którym na trwałe pozytywnie zapisuje się do historii abp Józef Michalik jako przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.

Podpisana dziś polsko-ukraińska rzymsko-greckokatolicka deklaracja o pojednaniu oraz wczorajsze nabożeństwo żałobne w warszawskim kościele ojców bazylianów to bardzo potrzebne i bardzo ważne wydarzenia. Dzięki nim kościelni przywódcy polskich i ukraińskich katolików wyznaczają duchowe ramy obchodom 70. rocznicy rzezi wołyńskiej.

Biorąc pod uwagę rozwój ruchów nacjonalistycznych w obu naszych krajach, niesłychanie istotna jest decyzja episkopatów ukierunkowująca pamięć o tej okrutnej zbrodni ku (traktowanym łącznie) prawdzie i pojednaniu. Istnieje bowiem na Ukrainie poważny nurt refleksji kwestionujący same fakty, a cóż dopiero ich polską interpretację (polecam znakomity artykuł Andrija Portnowa „Ukraińskie interpretacje rzezi wołyńskiej” w letnim numerze WIĘZI). Istnieje również w Polsce niebezpieczny sposób troski o prawdę historyczną na temat wołyńskiego ludobójstwa – tak bardzo podsycający emocje poprzez nieumiarkowane mówienie o (autentycznych i niewątpliwych) zbrodniach i ukraińskim okrucieństwie sprzed lat, że już brakuje miejsca na perspektywę pojednania. Niektóre gromkie apele o uznanie prawdy historycznej mogą też niekiedy skrywać niechęć (albo niezdolność?) do przebaczenia i pojednania. Niezdolność tę można zrozumieć u rodzin ofiar, jest ona jednak szkodliwa i niedopuszczalna u polityków i publicystów.

Dobrze, że w tej sytuacji kościelni przywódcy – świadomi istniejących emocji i niebezpieczeństw pojednania bez prawdy lub prawdy bez pojednania – jednomyślnie apelują o godne upamiętnienie ofiar oraz wzywają polskich i ukraińskich historyków do wspólnej pracy nad „ukazaniem rozmiarów tragedii i dramatów przeszłości”, a także „sporządzenia listy imion wszystkich, którzy ucierpieli”. Przede wszystkim jednak – zgodnie ze swym powołaniem – jasno wskazują na duchową perspektywę pojednania i swoimi deklaracjami ją otwierają. Oby w te duchowe ramy pojednania potrafili się odpowiednio wpisać politycy i wszyscy, od których zależy przyszły los Polski i Ukrainy.

Można chyba powiedzieć, że cieszy się z tej deklaracji Jan Paweł II, słysząc słowa: „bez wzajemnego pojednania nasz Kościół nie byłby wiarygodny w wypełnianiu swej ewangelicznej misji”. Podobnie na stwierdzenie „współpraca wolnej Polski z wolną Ukrainą jest niezbędna, by w tej części Europy panował pokój, ludzie cieszyli się wolnością religijną, a prawa człowieka nie były zagrożone” reagowałby Jerzy Giedroyc. Wszyscy powinniśmy dziękować za stanowcze przypomnienie, „że nienawiść i przemoc zawsze jest degradacją człowieka i narodu; przebaczenie, braterstwo, współczucie, pomoc i miłość stają się natomiast trwałym i godnym fundamentem kultury współżycia ludzkiego”.

Przygotowanie dzisiejszej deklaracji wymagało od przewodniczącego polskiego Episkopatu odwagi pasterza, który nie daje się uwikłać w narzucaną mu przez niektórych logikę „albo solidarność z ofiarami zbrodni, albo z mordercami”, lecz w duchu Ewangelii nie przeciwstawia sobie prawdy i pojednania, przez pierwszą wartość dążąc do osiągnięcia drugiej. Wymagało to również długiej pracy niemal dyplomatycznej, w której najbardziej imponującym osiągnięciem wydaje mi się doprowadzenie do faktu, że deklarację podpisał także metropolita lwowski abp Mieczysław Mokrzycki, w imieniu rzymskokatolickiego episkopatu Ukrainy, wcześniej otwarcie przeciwny wspólnym deklaracjom.

Moją uwagę przykuł także istotny szczegół. Otóż podczas nabożeństwa żałobnego abp Michalik zwrócił się do zwierzchnika całego Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego per „Patriarcho!”. Wiadomo, że dla grekokatolików bardzo ważna jest świadomość tworzenia Kościoła sui iuris. Silne jest także oczekiwanie, że ten fakt teologiczny znajdzie wyraz w zgodzie papieża na uznanie zwierzchnika Kościoła za patriarchę. Ponieważ to jeszcze nie nastąpiło (m.in. ze względu na obawy o reakcję rosyjskiej Cerkwi prawosławnej), taka forma tytułowania abp. Światosława przez przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, i to w tak ważnym momencie, jest symbolicznie bardzo znacząca.