Adamowi Darskiemu „Nergalowi” poświęciłem (!) już wiele stron w swojej ostatniej książce pt. „Bluźnierstwo. Między grzechem a przestępstwem”. Analizowałem tam to, co Nergal zrobił, a także to, co mówiły o nim poszczególne sądy, wydając kolejne wyroki. Ten sądowy serial trwa. 2 czerwca Sąd Okręgowy w Gdyni uniewinnił Adama Darskiego, lidera grupy Behemoth, oskarżonego o popełnienie przestępstwa obrazy uczuć religijnych. Nie jestem karnistą ani nawet prawnikiem, ale – jak się zdaje – należało się spodziewać takiego rozstrzygnięcia. W uzasadnieniu wyroku argumentowano, że artysta „działał w zamiarze ewentualnym znieważenia uczuć religijnych osób, ale tylko tych obecnych na koncercie, nie zaś pokrzywdzonych występujących w tej sprawie”. Co to znaczy?

Uznając Nergala niewinnym, sąd skupił się na tym elemencie czynu zabronionego, który nazywany jest stroną podmiotową. Chodzi tutaj o stosunek samego sprawcy do popełnianego czynu. Stosunek ten można opisać takimi terminami jak: świadomość, umyślność, zamiar, chęć, wola, ogólnie mówiąc – intencja, jaka towarzyszy działaniu. Kwestia ta pojawiała się w wielu dotychczasowych wyrokach na Darskiego. Podkreślano, że koncert zespołu miał charakter zamknięty, że obowiązywał zakaz nagrywania, że nie był przeznaczony do wykorzystania komercyjnego. Wyraźnie rozróżniano dwie kategorie osób: te, które były na koncercie i te, których na nim nie było, a o tym, co się tam działo dowiedziały się na podstawie nielegalnego a publicznego nagrania. To nie do nich skierowany był ten przekaz. Sąd więc przyjął, że Nergal godził się (zamiar ewentualny) na to, że ktoś z obecnych może poczuć się obrażony, ale nie zakładał, że koncert zobaczy ktoś, kto na nim nie był. Zamiar jego działania nie wykraczał poza salę koncertową – jeśli można tak powiedzieć. Nikt z obecnych na koncercie nie złożył doniesienia do prokuratury, nikt nie poczuł się obrażony, a świadkowie w procesie – którzy przyznawali się do wiary chrześcijańskiej – wyrażali swój ewentualny niesmak, ale stanowczo odrzucali tezę, że zostali obrażeni. Mówiąc prościej – sąd stwierdził, że sprawca czynu nie może odpowiadać za reakcję tych, do których przekaz nie był skierowany i którzy nie powinni stać się odbiorcami tego przekazu.

Nie znam uzasadnienia pisemnego do ostatniego wyroku, ale w przypadku wszystkich poprzednich wyroków – a przypuszczam, że tak jest i teraz – sąd nie miał wątpliwości co do tego, co nazywamy stroną przedmiotową czynu. Sądy nigdy nie kwestionowały tego, że poprzez określone gesty i słowa Nergala doszło do znieważenia przedmiotu czci religijnej, jakim jest Biblia. W konsekwencji też sąd nie kwestionował, że doszło do stanu obrazy uczuć religijnych u osób pokrzywdzonych. Oba te fakty są moim zdaniem bezsporne: zarówno znieważenie, jak i obraza. Sądy nie miały zasadniczo wątpliwości, że doszło do popełnienia czynu nagannego, wątpliwość dotyczyła kwestii tego, czy wypełniono wszystkie znamiona przestępstwa. Na to pytanie sądy odpowiadają wciąż negatywnie.

Sprawa ma jednak nie tylko aspekt prawny, ale także etyczny i religijny. Uniewinnienie dokonane przez sąd świecki nie ma nic wspólnego z usprawiedliwieniem czy jakimś rodzajem rozgrzeszenia. To, że w obliczu prawa Nergal jest (na dzisiaj) uznany za niewinnego nie znaczy wcale, że jego czyn był dobry, a wyrok nie pozwala nam na dokonanie oceny moralnej. Przypomnijmy sobie wyrok uniewinniający, który został wydany w procesie Beaty Sawickiej. W ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia podkreślał, że choć ówczesna decyzja zdejmuje z oskarżonej odpowiedzialność karną, to jednak nie zwalnia od moralnego i etycznego wymiaru sprawy, bo ostatecznie posłanka testu na uczciwość nie zdała. Ma więc rację Zbigniew Nosowski, który napisał mi w mailu, że „Nergal testu na współżycie w pluralistycznym społeczeństwie nie zdał, skoro nas uznaje (nawet w kreacji artystycznej) za wyznawców tego g….”. Abstrahując od wyroku sądu, trzeba powiedzieć, że ten czyn godny jest napiętnowania, gdyż poprzez czynne znieważanie i określenie wulgarnym mianem przedmiotu wiary jakiejś grupy osób, ktoś pozwolił sobie na brutalne naruszenie zasad współżycia społecznego, wkraczając w intymną sferę wiary, naruszając tym samym ducha tolerancji, który jest konieczny w demokratycznym społeczeństwie. Tak wygląda aspekt etyczno-społeczny tego zachowania, ale jest jeszcze aspekt religijno-moralny, tzn. pytanie o to, czy Nergal dopuścił się bluźnierstwa.

Nie ma dla mnie wątpliwości, że Nergal dopuścił się czynu o charakterze bluźnierczym, tzn. takim, które w kategoriach religii katolickiej będzie uznane, że obiektywne znieważenie tego, co bezpośrednio odnosi do Boga, czyli Pisma Świętego, a także samej osoby Jezusa Chrystusa, do której także odnosi się w swoich słowach lider zespołu Behemoth. Odpowiedź na pytanie, czy mamy do czynienia z bluźnierstwem w sensie ścisłym będzie uzależniona od tego jak zinterpretujemy intencje Nergala, a dokładnie – jego przestrzeń wiary. Jak już wielokrotnie pisałem – żeby bluźnić trzeba wierzyć. Niestety o wierze Nergala nie wiem nic. Nie wiem, czy wierzy w Boga bądź – analogicznie – wierzy w Szatana. Przypomnijmy, że chrześcijanie wierzą w Boga, ale nie wierzą w Szatana. Ich stosunek do Szatana wyraża się w słowach „Wyrzekam się”, co jest odwrotnością wiary. Czy Adam Darski „wierzy w Szatana” i „wyrzeka się Boga”? Jeśli tak, to mamy do czynienia z aktem bluźnierczym. Jeśli tak – to dla mnie jako księdza – bardzo ważne byłoby pytanie, co go do tego aktu popchnęło. Nie może mnie bowiem nie interesować zbawienie kogokolwiek.

Ten trop interpretacji tego, co robi Nergal wydaje się coraz bardziej prawdopodobny (choć pewności nie mam, że to, co on robi i śpiewa to swoiste „confessio”, czyli wyznanie niewiary). W dzień wspomnianego wyroku w mediach pojawiła się informacja o nowej płycie zespołu pt. „The Satanist”. Media donosiły: „Dwie dekady zajęło nam wymyślenie tytułu, który… mówi sam za siebie – powiedział Adam Nergal Darski. […]. Choć nowe utwory przyjmują zaskakująco śmiałe kierunki pod względem artystycznym, nasze przesłanie pozostaje niezachwiane – dumne i radykalne – dodaje wokalista. – „The Satanist” odzwierciedla niegasnącą tęsknotę za wyzwoleniem oraz miłość do wolności we wszystkich aspektach życia. Biorąc pod uwagę nasze doświadczenie życiowe, które często przechodziło dramatyczne zwroty, nie ma chyba bardziej odpowiedniego określenia wyrażającego tego, kim i gdzie dziś jesteśmy”. Ta wypowiedź zdaje się nie pozostawiać wątpliwości. Tutaj nie ma ani słowa o kreacji artystycznej czy o konwencji obowiązującej w muzyce metalowej. Odczytuje w tym raczej daleko idące utożsamienie się artystów z dziełem, wyznanie, a nie kreację. Oni – jak twierdzą – śpiewają o sobie i swoim sposobie widzenia świata, w którym to wolność – także rebelia przeciwko Bogu (bo to jest istotą natury szatańskiej) ma zasadnicze znaczenie.

Możliwa jest jednak także inna interpretacja czynu Nergala (i całej muzyczno-performerskiej stylistyki zespołu), tzn. przyjęcie, że to jednak jest zwarta, przemyślana kreacja artystyczna, oczekiwana przez odbiorców konwencja scenicznego zachowania. Tego wykluczyć nie można. Jeśli tak, to nie mamy do czynienia z bluźniercą, który zmaga się z Bogiem (choć w sposób mało szlachetny), ale ze skandalistą, który cynicznie wykorzystuje to, co dla kogoś święte w celach komercyjno-reklamowych. Ma bowiem świadomość, że takie działanie jest w show-businessie po prostu opłacalne. Pytanie, na jak długo.

Przyznaję, że nie wiem, jak jest. Czy więcej w tym bluźnierstwa czy skandalu? Czy więcej radykalnego zmagania się z Bogiem aż do wyrzeczenia czy chęci szokowania, bo tego się od niego oczekuje? Co było pierwsze: skandal czy bluźnierstwo? Sztuka czy (nie)wiara? A może nie da się już tego w nim rozdzielić? Nie wiem. Nigdy nie rozmawiałem z Nergalem.