Dyskusja o in vitro powraca. Bierze w niej udział Kościół hierarchiczny, ludzie wierzący, katoliccy publicyści. W tych wszystkich wypowiedziach ze strony – ogólnie mówiąc – katolickiej nieustannie podkreśla się, że dzieci poczęte w wyniku tej procedury są kochane tak samo jak te poczęte drogą wyłącznie naturalną, bez ingerencji człowieka. Nieustannie podkreśla się, że Kościół nie stygmatyzuje dzieci poczętych metodą sztucznego zapłodnienia, a moralna ocena dotyczy samej metody, a nie dzieci poczętych za jej pomocą. To metoda jest niegodziwa, ale dzieci, które się dzięki niej rodzą, cieszą się całkowitą akceptacją Kościoła. Cała retoryka Kościoła w debacie o in vitro zasadza się na tym fundamentalnym rozróżnieniu: oceniamy metodę, a nie dzieci. Musiał to wyjaśniać także rzecznik prasowy KEP, ks. Józef Kloch nazajutrz po prezentacji dokumentu bioetycznego.

To logiczne rozróżnienie wydaje się oczywiste – przynajmniej dla tych, którzy dokonują analizy problemu z teoretycznego punktu widzenia etyki czy teologii. Niestety, o wiele mniej oczywiste jest dla tych, których to bezpośrednio dotyczy. Uczciwie zauważył to ks. prof. Piotr Kieniewicz w wywiadzie dla fronda.pl: „Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że ludzie poczęci i urodzeni dzięki in vitro mogą się czuć bardzo nieswojo słuchając nauczania Kościoła na ten temat. Słyszą bowiem, że droga, która została podjęta by oni zaistnieli, jest drogą niegodziwą”. I chyba trudno jest mieć do nich żal, że nie są zdolni do logicznych rozróżnień między etyczną oceną metody ich poczęcia i społecznym stygmatyzowaniem. Zresztą ma to swoje społeczne i językowe uzasadnienie.

Wyrażenia „nieślubne dziecko” czy też „dziecko panieńskie” dzisiaj chyba już nikogo nie rażą i nie stygmatyzują, ale jeszcze nie tak dawno były to określenia silnie negatywnie nacechowane. Zmiana społecznego nastawienia do dzieci, które rodziły się przed czy poza małżeństwem, wynika ze zmiany nastawienia do samego faktu poczęcia pozamałżeńskiego. Czy nam się to podoba czy też nie, społeczna ocena współżycia i poczęcia pozamałżeńskiego zmienia się radykalnie. Jeśli nawet czyn ten nie jest pochwalany, to przynajmniej przyjmowany jest coraz bardziej obojętnie. Mówiąc krótko, „panna z dzieckiem” nie jest już synonimem hańby moralnej, a jej dziecko nie jest społecznym odmieńcem i jako takie nie jest odrzucane. Słowa „bękart” czy „bastard” – określane w słownikach jako obraźliwe – używane do określenia dzieci z nieprawego łoża odchodzą dzisiaj do lamusa, a sam „bękart” to dzisiaj raczej „niegrzeczne dziecko” niż „nieślubne dziecko”. Napiętnowanie tego dziecka – choć przecież samo niczemu niewinne – było swoistym „moralnym spadkiem” po rodzicach.

Społeczne stygmatyzowanie dzieci jest ściśle związane z moralną oceną sposobu ich przyjścia na świat i pojawienia się w rodzinie. I nie da się od tego zupełnie uciec. Wiemy dobrze, jakie – na przykład – bywają odniesienia społeczne do dzieci poczętych z gwałtu. Okres wojny i bezpośredniego powojnia był pod tym względem szczególnie trudny i pełen dramatycznych dylematów kobiet, które bywały zmuszane do współżycia czy wprost brutalnie gwałcone przez jednego czy drugiego okupanta. Wiemy, jakie problemy mogą się zrodzić przy ujawnianiu dziecku, że jest adoptowane. Nikt z nas nie chciałby się też dowiedzieć, że jest „z przypadku” i skutkiem „wpadki”, a nie chcianym przez rodziców owocem ich miłości. „Ojcowie jedli zielone winogrona, a zęby ścierpły synom” – jak przypomina prorok Ezechiel (Ez 18,2).

Samoświadomość dziecka, które pojawiło się w rodzinie – powiedzmy – w jakiś nietypowy sposób będzie się kształtować także w zależności od tego, jaki stosunek będzie panował w odniesieniu do owego sposobu pojawienia się w rodzinie. Owszem, najważniejsze jest to, jak będzie ono odbierane w rodzinie, ale równie ważne będzie to, jak sposób jego poczęcia odbierany jest w społeczeństwie czy w Kościele. A dziecko poczęte metodą in vitro słyszy ze strony Kościoła, że pojawiło się za pomocą „niegodziwej metody”. Trudno się dziwić, że pojawia się pytanie, czy – w konsekwencji – ono samo jest także „niegodziwe”. A może wręcz nie powinno go być na świecie? A skoro poczęło się „niegodziwie”, jest „źle urodzone” – jak mu przypomina Kościół, czy może je kochać Bóg stojący za tym Kościołem?

Problem jest delikatny i skomplikowany. Z jednej strony Kościół nie może zrezygnować z moralnej oceny czynów, także metody in vitro. Z drugiej jednak, powinien mieć wzmożoną świadomość, jakie mechanizmy społeczne i językowe funkcjonują u jego słuchaczy. A te wydają się proste: przecież złe drzewo nie może wydawać dobrych owoców, a dopóki drzewo oceniane jest jako złe (poczęcie), dobry nie może być owoc (dziecko). I na nic albo na niewiele zdadzą się nasze apele o zdolność do logicznego rozróżniania między oceną moralną in vitro a stosunkiem do dzieci, które się z in vitro poczęły. Przecież skoro – jak to podkreślają niektórzy – zapłodnienie pozaustrojowe to „produkcja”, jedynym jej skutkiem może być tylko „produkt”. Czy o taką logikę nam chodzi? Trudno wtedy przekonywać o miłości Boga i Kościoła.

Uprzedzam zarzuty. Tu nie chodzi o zmianę oceny moralnej in vitro. Chodzi o język naszej rozmowy ze światem.