W debatach na temat kształtowania prawa w Polsce bardzo często słyszę powoływanie się na prerogatywy większości. Wydaje się to przecież zgodne z duchem demokracji. Jak wiadomo jednak, większość parlamentarna wcale nie musi być odzwierciedleniem rzeczywistego rozkładu sił w społeczeństwie. Może być nawet tak, że większość w parlamencie ma reprezentacja którejś z mniejszościowych grup społecznych. Wszyscy wiemy, że w demokracji parlamentarnej wiele zależy od socjotechniki, niebieskiej koszuli i zielonego tła.

Załóżmy jednak, że większość parlamentarna jest wiernym odbiciem rzeczywistej dominacji społecznej określonego światopoglądu, na przykład zbudowanego na zasadach konkretnej religii. Taka większość może wówczas w majestacie prawa kreować normy i ogłaszać ustawy. Problem się zaczyna, gdy większość staje się mniejszością, a tak przecież może stać się z wielu powodów, na przykład demograficznych. Cóż wtedy? Wtedy większość, która przestała nią być, odwołuje się do praw przysługującym mniejszości, choć wcześniej wcale nie była skłonna innym mniejszościom zbyt wiele praw przyznawać. Taka argumentacyjna schizofrenia pojawia się często przy debacie na temat praw chrześcijan w krajach islamskich. Tu się nam należy, bo u siebie jesteśmy większością. Tam z kolei się nam należy, bo tam jesteśmy mniejszością.

Żyjemy w świecie coraz mniej kulturowo jednorodnym. W Europie prócz chrześcijan żyją muzułmanie, a także wyznawcy innych religii oraz niewierzący. Także w odniesieniu do kwestii moralnych – zwłaszcza dotyczących bioetyki, seksualności, kształtu rodziny – poglądy poszczególnych grup społecznych różnią się coraz bardziej. Być może coraz trudniej będzie o dominującą, jednoznaczną większość, a społeczeństwo będzie zbudowane ze zróżnicowanych grup, między którymi coraz trudniej będzie o kompromis i konsensus. Jakiej wówczas użyć argumentacji w proponowaniu temu społeczeństwu własnych pomysłów etycznych i prawnych? Do prerogatyw większości nie da się wówczas już odwołać. Także do prawa mniejszości będzie trudno, skoro wszyscy po trochu w danym społeczeństwie będą stanowić jakąś mniejszość całości.

W tej sytuacji rodzi się pokusa, by powołać się na Boga i Ewangelię. Trudno jednak powołać się na argument z autorytetu, który akceptowany jest tylko przez część społeczeństwa, i to może nawet nie tę największą. Trudno też do przestrzegania norm wynikających z Ewangelii zobowiązywać tych, którzy w Ewangelię nie wierzą. Dla niewierzących będzie to bowiem prawo mniej lub bardziej „kościelne”, które przecież nie ma żadnej mocy zobowiązującej poza Kościołem.Argument że prawo Boże to w gruncie rzeczy prawo naturalne bywa trudny do przyjęcia.

Co więc nam zostaje? Przekonywanie, że to, co proponujemy jest dobre. Ale przecież i to nie jest takie oczywiste. Nawet mówienie, że coś jest dobre, bo wynika z prawa naturalnego jest coraz bardziej dyskusyjne. Wydaje się bowiem, że z natury człowieka można wyciągnąć najprzeróżniejsze wnioski i modele wychowawcze. Także kategoria dobra społecznego jest nieostra, bo rozumienie tego dobra będzie bardzo zróżnicowane – w zależności od przyjętej perspektywy. Dla niektórych społecznie dobra jest nawet aborcja. Do kategorii „tradycji” radziłbym się także nie odwoływać, gdyż to raczej trwałość jest pochodną dobra, a nie dobro pochodną trwałości. Mówiąc inaczej: tradycyjne, bo dobre a nie dobre, bo tradycyjne.

Coraz trudniej się dyskutuje w świecie, gdzie moralność jest jak ruchome piaski, a dobro i zło dla wielu przestały być oczywiste. Jak przekonać kogoś, że dobre jest to, co dobre? Czyżby rzeczy obiektywnie dobre przestały istnieć? Czyżby miałyby nas ludzi nauczyć tego dopiero skutki naszych złych wyborów? Gdyby tak miało być, to byłaby to bardzo kosztowna nauka – także kosztująca wiele istnień ludzkich. To po pierwsze. A po drugie, wbrew maksymie mówiącej, że „Historia magistra vitae est”, wciąż niewiele się nauczyliśmy z minionych wydarzeń. Człowiek jest pod tym względem kiepskim uczniem. Aby więc maksymalnie uniknąć tej gorzkiej lekcji, trzeba szukać ludzi o podobnych kryteriach. Policzyć tych, którzy mają tę samą wizję dobra. I wtedy budować większość, której siła nie bierze się z liczby, ale z przekonania co do wartości oferowanej innym propozycji. Jedno jest pewne: trzeba ucieć od argumentu „bo jest nas więcej”. Albowiem racja, prawda czy dobro nie biorą się z liczby, a większość – jak uczą dzieje – niejednokrotnie już zbłądziła.