W dyskusji na temat obecności krzyża w przestrzeni publicznej sądy dopisały ostatnio dwie nowe odsłony. Oba wyroki – ten z Warszawy i ten ze Strasburga – pokazują, że dyskusja tak szybko się nie skończy. Obalanie kolejnych argumentów za lub przeciw siłą rzeczy będzie prowadziło do konstruowania następnych: zarówno przez zwolenników, jak i przez przeciwników obecności krzyża w sferze publicznej. Co więcej, powiększający się dystans między chrześcijańską moralnością a standardami organizacyjno-prawnymi pokazuje, że chrześcijańskim urzędnikom publicznym wszelkiego szczebla będzie coraz trudniej postępować zgodnie z wyznawaną wiarą.

14 stycznia Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił pozew posłów Ruchu Palikota, którzy domagali się wydania decyzji nakazującej usunięcie krzyża z sali obrad Sejmu. Sąd orzekł, że obecność krzyża nie narusza dóbr osobistych posłów, którzy wnieśli skargę. Według autorów pozwu krzyż ogranicza ich wolność sumienia i wyznania. Sąd przyznał, że jako ateiści posłowie mogli z tytułu obecności krzyża w Sejmie odczuwać „dyskomfort”, ale dla naruszenia dóbr osobistych najważniejsze są kryteria obiektywne, a jako takie kryterium sąd uznał „społeczną ocenę danego czynu”. Sędzia Alicja Fronczyk stwierdziła, że większość społeczeństwa, reprezentowanego przez partie polityczne w Sejmie, nie uważa, by kwestia krzyża w Sejmie „wymagała jakiegokolwiek rozstrzygnięcia”. „Jeżeli w Sejmie znaczącą większość uzyska ta część społeczeństwa, której powodowie są przedstawicielami, wówczas będzie należało uznać, że obiektywnie rzecz biorąc, krzyż w Sejmie godzi w swobodę sumienia i wyznania” – uznała sędzia Fronczyk. Dodała, że wtedy niepotrzebna byłaby droga sądowa, bo wystarczyłaby decyzja sejmowej większości.

Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, tzw. katolicka opinia publiczna odtrąbiła zwycięstwo, nie wczytując się w uzasadnienie wyroku. Obawiam się, że to radość przedwczesna. Jak już wspomniałem wyżej, kluczem do zrozumienia argumentacji sędzi jest kwestia większości (społecznej i parlamentarnej), której przekonania i decyzje zostały uznane za kryterium normatywne. Niestety, ma rację poseł Ryfiński (RP), który stwierdził, że sąd wyszedł z „zupełnie fałszywej” przesłanki, że większość może narzucać swą wolę mniejszości. Argument z większości jest przecież skuteczny tak długo, jak się dysponuje większością. Być może wizja społeczeństwa polskiego, gdzie większość stanowiliby niewierzący nie jest taka bliska, ale wizja niewierzącej większości parlamentarnej jest zupełnie realna. Oczywiście, można będzie wówczas odwoływać się do innej zasady demokracji. Ci, którzy nie mogą się powołać na prawa większości, odwołują się natychmiast do obowiązku poszanowania praw mniejszości. Tak mogłoby być z wierzącą mniejszością w sejmie. Czy jednak ten argument byłby wzięty pod uwagę? Warszawski wyrok faworyzuje większość, a nie prawa wszystkich. Ślepy zaułek takiego procesu polega na tym, że – teoretycznie – można sobie wyobrazić sytuację, gdy kolejne większości w parlamencie: wierząca i niewierząca będą naprzemiennie przegłosowywać pozostawienie i usunięcie krzyża.

Wyrok Trybunału w Strasburgu wydany 15 stycznia dotyczył m.in. skargi Brytyjki pochodzenia koptyjskiego Nadii Eweidy, której pracodawca – British Airways zabronił noszenia krzyżyka w pracy, gdyż – jak twierdzono – narusza to dress code obowiązujący w korporacji (zakaz noszenia wyraźnych symboli religijnych). Po wyczerpaniu wszystkich możliwości prawnych w swoim kraju, Eweida zwróciła się do Trybunału Praw Człowieka. Trybunał uznał, że nakaz zdjęcia krzyżyka ograniczył prawo do manifestowania przekonań religijnych w przestrzeni publicznej. Istotnym argumentem był fakt, że te same linie lotnicze nie zakazywały noszenia w pracy hidżabu przez kobiety wyznania muzułmańskiego czy też turbanu przez mężczyzn, którzy wyznawali sikhizm. Okoliczność ta wskazywała na istotną nierówność postępowaniu wobec chrześcijan i osób wyznających inne religie. W tym samym wyroku trybunał odniósł się także do skargi innej Brytyjki – Shirley Chaplin, pielęgniarki pracującej na oddziale geriatrycznym szpitalu w Devon. Argumentacja przyjęta przez szpital i podtrzymana przez trybunał opierała się na interpretacji krzyżyka przede wszystkim jako biżuterii, a nie znaku wiary. Podkreślono, że zakaz ten wynika z zasad higieny i bezpieczeństwa. Pacjent – zwłaszcza, że chodzi o osoby starsze i często mające trudności w kontakcie słownym – może za niego pociągnąć, a ewentualny kontakt metalu z otwartą raną niesie ze sobą ryzyko zakażenia. Uznano, że może to być niebezpieczne zarówno dla pacjenta, jak i dla samej pielęgniarki.

Zupełnie różne decyzje podjęte przez ten sam trybunał w podobnych – jakby się wydawało – przypadkach pokazują, że w dyskusji na temat krzyża (tu w formie krzyżyka na szyi) w przestrzeni publicznej trzeba wziąć pod uwagę wiele znaczeń tego samego znaku czy przedmiotu. W tym i innych procesach przywoływane jest nie tylko znaczenie religijne, ale także kulturowe, historyczne, cywilizacyjne, a nawet – jak widać – dekoracyjne znaczenie krzyża. Dobrze jest czasami się dokładnie przyjrzeć, jakiego znaczenia krzyża bronimy i ze względu na jakie jego znaczenie ten krzyż bywa zakazywany. Nie w każdym przypadku jest to obrona jego wymiaru religijnego i nie w każdym przypadku jest to zakaz wynikający z religijnej natury krzyża.

Jako istotne uzupełnienie trzeba dodać, iż w tym samym wyroku trybunał oddalił jeszcze dwie skragi. Trybunał orzekł, że londyński urząd stanu cywilnego postąpił słusznie, dyscyplinując pracującą tam Lillian Ladele, która w 2007 r. odmówiła przewodniczenia ceremoniom zawierania związków partnerskich przez osoby tej samej płci. Ladele tłumaczyła, że takie związki są niezgodne z wyznawaną przez nią wiarą. Podobny finał miała sprawa z powództwa Gary’ego McFarlane’a, zwolnionego z pracy w 2008 r. doradcy rodzinnego, który miał obiekcje wobec psychoterapii seksualnej dla par homoseksualnych. Pracodawca uznał, że w tej sytuacji jego przekonania nie pozwalają mu na wykonywanie zawodu.

Oba te przypadki dotyczą czegoś więcej niż prawa do symbolicznego wyrażania wiary w przestrzeni publicznej. Odnoszą się bowiem do prawa do faktycznego postępowania wedle norm moralnych wynikających z wyznawanej przez siebie wiary. Problemy na styku wiara – porządek społeczny i prawny danego państwa będą się mnożyć, gdyż ludzie wierzący będą coraz częściej stawali przed dylematem, jak mają postąpić w sytuacji konfliktu między wyznawanym systemem moralnym a obowiązkami wynikającymi z zajmowanego stanowiska. Wkroczenie człowieka wierzącego w strukturę państwowo-prawną państwa liberalnego (niekonfesyjnego) skazuje na nieunikniony konflikt, z którego można wyjść w różny sposób. Państwo Ladele i McFarlane uznali, że nie mogą pozostawić swych przekonań za drzwiami pokoju, w którym pracują. Gdy Ewa Kopacz jako minister zdrowia musiała wskazać szpital, gdzie można będzie wykonać aborcję (zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem), powiedziała, że jako urzędnik swoje przekonania musi pozostawić w przedpokoju. Król Belgii, Bauduin, abdykował na jeden dzień, by nie podpisać ustawy zezwalającej na aborcję. Tak czy inaczej, jeśli ktoś chce podejmować się służby publicznej – nie zostawiając w domu swojej wiary i wynikających z niej norm moralnych – musi mieć świadomość, przed jakimi dylematami może stanąć i jakie mogą być tego konsekwencje. Większą sztuką bowiem niż noszenie krzyżyka na szyi może być obecnie podejmowanie decyzji zgodnych z tym, co z tego krzyżyka wypływa.

PS
O powyższych kwestiach, oczywiście jeszcze przed wydaniem omawianych tu wyroków, pisałem szeroko w książce „Copyright na Jezusa” (Biblioteka „Więzi”, Warszawa 2012).