45 numer „Tygodnika Powszechnego” publikuje rozmowę, którą z Marią Peszek i ze mną przeprowadził Andrzej Franaszek. Wielu zapewne zastanawia się, jak doszło do tej rozmowy. Punktem wyjścia była oczywiście najnowsza płyta Marii Peszek pt. „Jezus Maria Peszek”. W ślad za nią pojawiły się wywiady artystki w „Polityce”, a także w programie Kuby Wojewódzkiego i kilka innych. Pierwotnie planowałem opublikowanie tekstu zawierającego moje refleksje po przesłuchaniu płyty. Ostatecznie doszło do rozmowy. Dlaczego zgodziłem się na tę rozmowę?

Nowa płyta Marii Peszek nie jest muzyką łatwą i przyjemną. Zwłaszcza wtedy, gdy jej słuchaczem jest ksiądz, który nad faktem porzucenia wiary i odejścia od Boga nie może przejść obojętnie. Teksty wyśpiewane na płycie są świadectwem niewiary będącej owocem fizycznego bólu i psychicznego cierpienia. W podobnej sytuacji wielu wiarę by odnalazło, Peszek ją straciła. Dla mnie jako księdza, pytanie, dlaczego ktoś traci wiarę, a ktoś ją zyskuje, należy do najbardziej fundamentalnych.

Rzadko kiedy artysta tak bardzo utożsamia się ze swoim dziełem, jak to zrobiła Maria Peszek. W wywiadzie udzielonym Jackowi Żakowskiemu (Polityka 2012/39) Peszek nie ukrywa się za maską artystki. Na sugestię, że interpretując płytę trzeba wziąć pod uwagę „złożone relacje autora z dziełem”, Peszek odpowiada: „To jest bardzo świadome. To nie jest coś, co we mnie siedzi i gada. To gadam ja, Maria Peszek. Doświadczona, wolna, świadoma”. Artystka nazywa swoją płytę „retransmisją z hamaka”, na którym spędziła sześć tygodni unieruchomiona z bólu, walcząc o przetrwanie. Opis tego, co wyłania się z jej relacji, jest wstrząsający: „Przez rok wszystko było bólem i chaosem. Chciałam umrzeć” – przyznaje w wywiadzie. Neurastenia, stany lękowe, kilkunastotygodniowa bezsenność, napady paniki, a do tego fizyczny ból „że nie można wytrzymać” spowodowany wypadającym kręgiem. Taka jest geneza tej bolesnej płyty. Ale płyta nie jest tylko o bólu i cierpieniu. Jest także, a może przede wszystkim, o tym, „że każdy może się w takim piekle znaleźć i że można z niego wyjść”. Peszek z tego doczesnego piekła choroby ciała i ducha wyszła dzięki automoblizacji („Pomyślałam: skoro mogę zdecydować, czy żyję, to może mogę też zdecydować, żeby przestało boleć?”) i z pomocą bliskich jej ludzi, ale bez pomocy Boga. Dlaczego?

Żakowski sugeruje, że człowiek będący w takiej sytuacji „statystycznie biorąc, powinien się nawrócić”. Peszek się nie nawraca. Przeciwnie, odwraca się od Boga, który jeszcze tak niedawno pojawiał się gdzieś na horyzoncie. Artystka odrzuca Boga, który – jak twierdzi – oczekuje, by się ukorzyć, pokajać. Nie, ból i cierpienie nie jest dla niej drogą do Boga, ale drogą do wyzwolenia się od Niego. Jak przyznaje w wywiadzie dla „Polityki”, wydawało się jej upokarzające, by do poradzenia sobie z samą sobą potrzebować jakiejś wyższej siły. Peszek z takim Bogiem rozstaje się na dobre. Chciałoby się skonkludować, iż z Bogiem jej nie po drodze. Peszek – co trzeba przyznać – Bogu nie wygraża pięścią ani Go nie przeklina. Ona Go po prostu opuszcza. Nie może się zgodzić z koncepcją Boga, którego rozpoznaje się (wyłącznie?) poprzez przejście przez „ciemną dolinę”. Taką drogę do Boga uznaje za upokarzająca dla człowieka.

To co wyśpiewuje Peszek, jest wyzwaniem, nad którym księdzu trudno przejść obojętnie. Jest zanegowaniem jakże popularnego w naszych kazaniach przekonania, że Bóg przychodzi przez cierpienie. Peszek pokazuje, że sytuacja graniczna: ból i cierpienie nie muszą jednak być początkiem wiary. Przypomina się tutaj piosenka pt. „Zuzanna” Leonarda Cohena, w której śpiewa on, że Chrystusa zobaczyć mogą wyłącznie tonący. Okazuje się jednak, że nie wszyscy, którzy toną, dostrzegają rękę Boga. Tak, to prawda, iż niejedna osoba takie doświadczenie wyjścia z piekła bólu, choroby, cierpienia, jakie ma za sobą Peszek, zinterpretowałaby jako Bożą interwencję. Peszek odrzuca taką możliwość.

Śmiem twierdzić, że Bóg, którego porzuciła artystka, niewiele miał wspólnego z Bogiem chrześcijaństwa. Być może nigdy nie poznała Boga, który „sam wkroczył w dzieje naszej nędzy, sam wypił do dna kielich naszych boleści i wie bardzo dobrze, jaki jest ciężar naszych krzyży” (T. Halík). Czekając na Boga pocieszenia i Boga pomocy na zawołanie, nie zauważyła Boga, który dzieli wraz z nią doświadczenie ludzkiego cierpienia. Bolesne słowa „wisi mi krzyż” – które oczywiście nie mogą mnie nie dotknąć – są nie tylko deklaracją obojętności wobec krzyża, ale przede wszystkim dowodem jego niezrozumienia. „Pozwólmy Bogu odejść” – wzywa Halík. – Bogu naszych wyobrażeń, oczekiwań, półpogańskich konstrukcji, infantylnych tęsknot za wszechmocą. Czeski teolog pisze, że ci, co obalili takie wizje „znaleźli się w przedsionku możliwego spotkania z żywym Bogiem”. Chciałabym, żeby tak było także w przypadku Marii Peszek, a przecież jednocześnie muszę w jakimś sensie uszanować jej decyzję, jeśli nigdy nie zrobi tego kroku ku wierze.

Rozmowa z Marią Peszek uświadomiła mi istotne trudności w rozmowie wierzącego z niewierzącym. Pierwszą z nich jest zdefiniowanie tego, co rozumiemy pod pojęciem Bóg. W rozmowie ujawniły się najróżniejsze Jego określenia: od Boga pierwotnej religijności, przez Boga filozofów aż do Boga wiary. Deklarowana „niewiara” – tak jak to jest w tym przypadku – jest często odrzuceniem pewnego konstruktu Boga, jakiegoś obrazu Boga, osobistej wizji, z którą ta osoba się nie zgadza, a w ostateczności odrzuca. Skupienie się na tej płaszczyźnie skutkuje dowodzeniem potrzeby bądź niepotrzeby Boga do wyjaśnienia świata. W ten jednak sposób pozostajemy jedynie na płaszczyźnie Boga filozofów, mnożąc argumenty za i przeciw konieczności Boga.

Drugą trudność stanowi przejście od Boga filozofów do Boga wiary. Dopiero tutaj nagle się okazuje, że dysponujemy zupełnie innym doświadczeniem, a pojęcia ze słownika religijnego, typu łaska i zbawienie są dla osoby niewierzącej puste, co zrozumiałe – mają one bowiem sens jedynie w perspektywie wiary. W naszej rozmowie właściwie nie przekroczyliśmy tej granicy, nie przeszliśmy od dialogu o (nie)potrzebie Boga do kerygmatu o Bogu zbawiającym. Nie dotknęliśmy tak bardzo kluczowych kwestii jak grzech, zbawienie, życie wieczne. Trudno jest dzielić się osobistą relacją do Boga z kimś, dla kogo Bóg jest jedynie sposobem wyjaśniania świata, a nie Osobą, która może kochać i chce naszego ocalenia.

W konsekwencji taka rozmowa jak nasza jest (jedynie) uprzątnięciem przedpola. Pozwala na zweryfikowanie błędnych wizji Boga, które wyrastają z osobistego doświadczenia, a które należy odrzucić. Czy można jednak zrobić coś więcej na „dziedzińcu pogan”? Obawiam się, że nie. Wiara w Boga Abrahama i Jezusa nie jest skutkiem racjonalnej kalkulacji. Do jej zrodzenia, prócz łaski wiary, potrzebne jest osobiste otwarcie i doświadczenie wierzącej wspólnoty, gdyż jedynym dowodem na istnienie Boga jest wierzący w Niego człowiek. Chciałem, by w tym właśnie znaczeniu nasza rozmowa była sygnałem od wspólnoty ludzi wierzących, że naszym pierwszym słowem do tych, którzy uważają się za niewierzących, nie jest słowo potępienia, ale chęć zrozumienia, od której to chęci rozpoczyna się miłość bliźniego.