„Schadenfreude ist die beste Freude” – głosi niemieckie przysłowie. W dowolnym nieco tłumaczeniu brzmi ono po polsku: „Nic tak nie cieszy jak cudze nieszczęście”. Ostatnio stało się ono credo przynajmniej części polskich katolików, którzy odśpiewali uroczyste i radosne podzwonne dla kanału telewizyjnego Religia.tv.

Ten kanał to dla mnie ani brat ani swat. Przyznam szczerze, że chyba częściej w nim wystąpiłem niż go oglądałem. A występowałem w nim dawno, dawno, gdy był jeszcze „Kulturoskop” z Anką Sosnowską czy „Między sklepami” Szymona. Nie oglądałem tej telewizji zbyt wiele tak jak nie oglądam Tv Trwam i wielu innych kanałów. Po prostu telewizję oglądam w dawce minimalnej (z pewnymi wyjątkami). Nie mam więc szczególnego interesu w bronieniu tej telewizji prócz argumentu, że jej zniknięcie to istotne zubożenie oferty religijnej w mediach. Uprzedzę od razu, że na tym samym blogu pisałem o prawie do istnienia Telewizji Trwam.

Niedawno ogłoszono, że kanał religijny TVN zaprzestaje produkcji własnych programów. Diagnoz przyczyn takiego stanu rzeczy wiele. Jedna z nich wydaje mi się szczególnie interesująca, a jej autorem jest Tomasz Terlikowski. Na łamach „Gazety Polskiej” pisze on o katolicyzmie otwartym skupionym „na nieustannym dialogowaniu ze światem i zachowującym potępienia wyłącznie dla fundamentalistów”. Jego zdaniem, ponosi on „kolejne spektakularne klęski”. Publicysta zauważa, że katolicy potrzebują mediów „tożsamościowych, umacniających ich w zasadach”, a nie takich które propagują katolicyzm otwarty. Komentarz Terlikowskiego opatrzono tytułem „Nie było rynku na katolicyzm otwarty”.

Przyznam szczerze, że nigdy jakoś nie kojarzyłem tej telewizji z tym, co się określa w Polsce mianem katolicyzmu otwartego, z którym kojarzone są środowiska „Więzi”, „Znaku” czy „Tygodnika Powszechnego”. Choć zdarzało się, że osoby pracujące w tej telewizji, jak choćby sami dyrektorzy, publikowali czasami we wspomnianych tytułach, to nie przypuszczam, by akurat środowisko „Kościoła otwartego” uznawało Religię.tv jako swoją telewizyjną reprezentację. Z tego, co pamiętam i z tych nielicznych audycji, które widziałem, katolicyzmu otwartego było tam jak na lekarstwo. To była mało ideowa telewizja, tzn. taka, która się z żadnym nurtem w katolicyzmie nie identyfikowała. Była świetnym forum do dyskusji o religii i wewnątrz religii, w której pojawiali się ludzie z bardzo różnych frakcji katolickich. Nie, nie ma racji Tomasz Terlikowski, że to była tuba katolicyzmu otwartego. To było forum, w którym zresztą sam red. Terlikowski – choć pod koniec – zagościł.

Z dużym szacunkiem przeczytałem komentarz Pawła Milcarka na FB, który cytuję w całości: „Z Szymonem Hołownią jakoś tak »mam na pieńku« od czasu gdy przed laty doszło do niego, że z powodu jego wyrazów uległości względem Wojewódzkiego (w »Mam talent«) nie chcę występować w jego programach. Potem ja swój osobisty bojkot skończyłem, za to SzH nie skończył. 🙂 Więc tym bardziej, z tego dystansu – chcę pożałować religia.tv. Nie moja bajka, stroniłem o Rozmównicy etc., ale wiele rzeczy było/jest godnych uznania. No i udało mi się w religia.tv wystąpić z apologiami sprawy liturgicznej, co w »innym medium« jakoś się nie udaje. :)”. Dziękuję, że udało mu się wznieść ponad polsko-katolicką Schadenfreude i uczciwie docenić to, co w tej propozycji telewizyjnej było dobre. Szkoda, że nie udało się to Tomaszowi Terlikowskiemu, który rzeczową analizę oferty zastąpił komunałami o Kościele otwartym, co to już rzekomo umiera.

W całej tej historii jedna rzecz jest najbardziej zaskakująca. We wrześniu Tomasz Terlikowski poprowadził „Rozmównicę”. Rozumiem, że poprowadzi jeszcze kilka do końca roku. Dlaczego zdecydował się na taki krok? Dlaczego przyjął ofertę z tak mało katolickiej według niego telewizji? Odpowiedź nasuwa się jedna. Swoją obecnością, rzutem na taśmę, chciał jej jeszcze zapewnić choć odrobinę ortodoksji na chwilę przed zapowiedzianą śmiercią.