Prof. Jan Hartman z Uniwersytetu Jagiellońskiego postanowił na łamach „Polityki” (2012/31) rozprawić się z polskim prawem karnym, a w szczególności z artykułem 196 kodeksu karnego, który brzmi następująco: „Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”. Temu przepisowi zarzuca się najczęściej komunistyczną i totalitarną proweniencję, ale w przekonaniu filozofa z Krakowa bardziej prawdopodobne jest pochodzenie kryptokatolickie. Według Jana Hartmana przepis ten „stanowi ustępstwo względem czasów, gdy państwo miało swoje wyznanie i chroniło je prawem, karząc za bluźnierstwo”. Hartman sugeruje dalej, że ustępstwo to „poczynione zostało przez gorliwą władzę rękami jakiegoś katolickiego kodyfikatora, zapewne profesora prawa”, co zostało zrobione „na żądanie Kościoła, a może tylko dla przypodobania mu się” po to, „by zagwarantować tej mocarnej instytucji jak najsilniejszą ochronę przed co bardziej radykalną krytyką”. Jak dalej sugeruje krakowski filozof, w zapisie chodzi tak naprawdę „o tępienie bluźnierców «atakujących Kościół», mimo że używa się stylistyki państwa świeckiego”. Wspomniany art. 196 k.k. Hartman nazywa „bękartem niezdolnym do życia”, który zrodził się „ze związku feudalnych zamiarów i liberalno-demokratycznych środków”.

Odwołując się do zarzutów Hartmana odnośnie do genezy omawianego przepisu, należy zaznaczyć, iż jest on prawie wierną kopią zapisu, który znalazł się w Dekrecie Rady Ministrów z dnia 5 sierpnia 1949 r., gdzie w artykule 5 czytamy: „Kto obraża uczucia religijne, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do wykonywania obrzędów religijnych, podlega karze więzienia do lat 5”. Dekret został uchylony wprowadzeniem Kodeksu karnego z roku 1969, który zresztą przejął wspomniany zapis w brzmieniu niemal identycznym. Pod dekretem, w którym po raz pierwszy w powojennej Polsce pojawił się zapis mówiący o przestępstwie obrazu uczuć religijnych, podpisali się wówczas: prezydent Bolesław Bierut, premier Józef Cyrankiewicz oraz minister sprawiedliwości Henryk Świątkowski. Jak się można domyślać, autorem dekretu był prawdopodobnie minister Świątkowski, profesor zwyczajny prawa wyznaniowego na Uniwersytecie Warszawskim. Ten przedwojenny jeszcze działacz PPS był już wówczas członkiem KC PZPR. To, co wydaje się jednak najważniejsze, to fakt, że Świątkowski był działaczem ruchu wolnomyślicielskiego oraz aktywnym członkiem Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli, które było wówczas forpocztą w krzewieniu ateizmu i laickiego modelu państwa. Wbrew temu, co sugeruje Hartman, trudno by było zaliczyć Świątkowskiego do kategorii „katolickiego kodyfikatora”, a i ówczesną władzę trudno też podejrzewać o czynienie ustępstw na żądanie Kościoła.

Prof. Hartman sugeruje, że istnieje realny wpływ Kościoła na tworzenie tego typu regulacji prawnych, co więcej – nie wystarczy mu już sugerowanie, że czyni to Kościół w Polsce, ale że dokonuje się to na polecenie Watykanu. „Nie oczekujemy, że prawo kanoniczne będzie w specjalny sposób chronić wartości polskiej konstytucji i niechaj Stolica Apostolska nie oczekuje specjalnej ochrony symboli katolickich w prawie polskim” – pisze Hartman, który nie zauważa, że w cytowanym przepisie prawa nic ani o katolikach ani nawet szerzej – o chrześcijanach nie ma. Uczucia religijne – jak się powszechnie – przyjmuje dotyczą wszystkich wierzących: także muzułmanów, żydów, a nawet wyznawców Światowida.

Hartman pisze, iż „bezstronność oznacza, że świeckie państwo szanujące na równi katolików, wyznawców New Age i wojujących ateistów – po prostu nie wierzy w dogmaty żadnej religii. […] Bezstronność świeckiej władzy polega na tym, że nie przyjmuje ona założenia, że istnieje Bóg, a tym bardziej, że Jezus był jego Synem”. I słusznie. Nikt się tego w Polsce od władzy nie domaga. Władza nie jest od wierzenia w Boga. Nie musi przyjmować Jego istnienia. Nie może jednak ignorować faktu, że są ludzie, którzy w Niego wierzą, ludzie wierzący i religijni. Władza ma jedynie obowiązek dbać, by im nikt w tej wierze złośliwie nie przeszkadzał. Każdy w Polsce może bezkarnie mówić, że Boga nie ma. Byleby mówił to z szacunkiem dla tych, którzy wierzą w to, że jest.