Przeglądając kanały telewizyjne, natknąłem się na kolejny szwedzki serial kryminalny. Skandynawskie powieści kryminalne i filmy z tego samego gatunku osiągają chyba szczyty popularności. Mankell, Larsson czy Läckberg mają swoich następców. Pewno sformułowano już niejedną próbę wyjaśnienia tego fenomenu. Niektórzy twierdzą, że to kwestia klimatu i wielkich odległości, które skłaniają do stanów depresyjnych i wyostrzają negatywne cechy charakteru. Pewno coś jest na rzeczy, ale czy tylko to?

Jedna z teorii socjologicznych mówi, że religijność jest odwrotnie proporcjonalna do poczucia bezpieczeństwa socjalnego. Kraje skandynawskie, które mają bardzo silnie rozbudowaną pomoc socjalną ze strony państwa, cechują się bardzo niską religijnością. Wysokie poczucie bezpieczeństwa nie skłania do postaw religijnych. Zło fizyczne, zło socjalne zostało przecież opanowane i unieszkodliwione, a religia – mówiąc w dużym skrócie – według tej koncepcji bierze się z biedy. Zabezpieczenie ze strony państwa pozwala nie bać się głodu, biedy, bezrobocia, nawet choroba wydaje się bardziej bezbronna dzięki wysokospecjalistycznej opiece lekarskiej.

Z tego socjalnego letargu w niezwykle okrutny sposób wytrącił Skandynawów Anders Breivik, zabijając w dwóch zamachach 77 osób. Mieszkańcy Norwegii (nie tylko) przypomnieli sobie o istnieniu zła metafizycznego, zła działającego poprzez człowieka, ale zła, którego ani nie da się racjonalnie wytłumaczyć, ani też przed nim obronić. Takie zło w brutalny sposób przypomina o przygodności życia, o tym, że żadna socjalna profilaktyka ani polityka nie potrafi tego przewidzieć.

Na tym tle powieści H. Mankella bardzo się wyróżniają. Zło, które się w nich pojawia, nie jest – mówiąc z niejaką emfazą – szaleństwem obłąkanych seryjnych zabójców, którzy uciekli z psychiatryka. To zło, które ma swoje korzenie w społeczeństwie i relacjach, jakie to społeczeństwo wytwarza. To zło jest w pewnym sensie wykwitem i owocem społeczeństwa, bo przecież drzemie ono w ludziach. Mówiąc po camusowsku, Mankell przypomina, że „Bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika (…) nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście”. Być może się mylę, ale wydaje mi się, że ten skandynawski pozór szczęścia, tak bardzo wzmacniany przez poczucie bezpieczeństwa socjalnego, usypia ludzką czujność na dżumę zła, która jedynie w nas drzemie, czekając na stosowniejszą chwilę. Czy zatem wysyp kryminałów u naszych północnych sąsiadów jest dowodem na klęskę polityki socjalnej Skandynawów? Nie, raczej na jej niewystarczalność.