Gdy w Wielki Piątek zaszedłem do centrum handlowego, by odebrać książkę, kolejka do fast foodu sprzedającego smażone kurczaki miała się dobrze. Zresztą, zupełnie dobrze się miały w ten dzień także inne restauracje, kawiarnie i puby. W Niemczech, jak wiadomo, ustawa o dniach wolnych z roku 1952 r. zabrania „publicznego tańczenia”od Wielkiego Czwartku po Poniedziałek Wielkanocny. Obecnie ten „Tanzverbot” jest coraz mocniej krytykowany. Od kilu lat coraz głośniejsza jest dyskusja, czy można narzucać w gruncie rzeczy religijną normę całemu społeczeństwu, także tym, którzy nie wierzą albo wyznają inną religię. Kiedy w Środę Popielcową na stacji benzynowej zaproponowano mi hot doga, wzdrygnąłem się, ale czy słusznie? Tak, na pewno chrześcijaństwa nie można sprowadzić do zakazu zabaw hucznych w Wielki Piątek czy postu ścisłego w Środę Popielcową. Chodzi bardziej o pewne widoczne symptomy zmian w obrębie kulturowym i społecznym. Kultura, w której żyjemy, ma w sobie coraz mniej z chrześcijaństwa.

W Liście Porta fidei zapowiadającym Rok Wiary papież Benedykt XVI napisał, że chrześcijanie nadal żyją przekonaniem, że „wiara wciąż jest oczywistą przesłanką życia wspólnego”. „W rzeczywistości – pisze papież – założenie to nie jest już nie tylko tak oczywiste, ale często bywa wręcz negowane. Podczas gdy w przeszłości można było rozpoznać jednorodną tkankę kulturową, powszechnie akceptowaną w swym odniesieniu do treści wiary i inspirowanych nią wartości, to obecnie wydaje się, że w znacznej części społeczeństwa już tak nie jest, z powodu głębokiego kryzysu wiary, który dotknął wielu ludzi”. Mówiąc inaczej, bliskie nam było przekonanie, że świat, w którym żyjemy, jest światem chrześcijańskim, a niewiara jest wyjątkiem. Że dominują w nim wartości i zwyczaje chrześcijańskie, a człowiek, którego mijamy, jest wierzący. Najwyższy jednak czas uświadomić sobie, że to założenie jest coraz częściej nieaktualne. Że kultura w swoim głównym nurcie będzie coraz mniej chrześcijańska – jeśli nie antychrześcijańska, to przynajmniej achrześcijańska – że nie będzie już naturalnym biosem, w którym wzrasta wiara. Coraz mniej będzie można liczyć na wsparcie wiary ze strony kultury i życia społecznego.

Nie piszę jednak tego, by utyskiwać czy narzekać na dzisiejszy świat albo w duchu go przeklinać. Nic to nie da. Nie wiem też, czy da się ten proces skutecznie odwrócić albo zahamować. Obawiam się, że nie. Wiele zmian jest po prostu nieuchronnych. I zdaje sobie sprawę z tego także papież. To jednak, że nie możemy kontrolować biegu wydarzeń, nie znaczy wcale, iż nie możemy kontrolować naszych relacji do tychże wydarzeń. Może to bardziej szansa niż nieszczęście? A może powrót do źródłowego modelu?

W Jezusie z Nazaretu Benedykt XVI stawia – w imieniu Jego uczniów – pytanie Jezusowi: „Dlaczego ukazałeś się tylko małej grupie uczniów, których świadectwu mamy zaufać?”. A kilka wierszy później pisze, że Jezus „staje się człowiekiem, tak jednak, że przez współczesnych sobie, przez miarodajne siły historii, może pozostać niezauważony. Cierpi i umiera, jako Zmartwychwstały chce przyjść do ludzkości tylko przez wiarę swoich, którym się ukazuje”. Tych „swoich” nie ma zbyt wielu. To jest wciąż „mała grupa uczniów”, o czym się przekonujemy w poranek wielkanocny: kilka kobiet przy pustym grobie, dwóch uczniów co sił biegnących, by sprawdzić ich słowa, dwóch na drodze do Emaus, jedenastu zamkniętych ze strachu w obawie przed Żydami, kilku nad Morzem Tyberiadzkim. To nie była ani cała Jerozolima, ani cały ówczesny świat.

Być może – myślałem sobie w te Święta Wielkanocne – czeka nas podobny los? Że nasze dzieci ani nie będą się „rodzić chrześcijanami” – jak to niejako naturalnie bywało – ani nie staną się nimi dzięki zanurzeniu w chrześcijańskiej kulturze. Że nie inaczej jak u początków chrześcijaństwa, będą musieli zaufać małej grupie świadków Zmartwychwstania. Bo tym właśnie jest chrześcijaństwo – przekazywanym z pokolenia na pokolenie świadectwem o sprawie Jezusa z Nazaretu, który umarł i zmartwychwstał. Potośmy szli do pustego grobu – by raz jeszcze wyznać naszą wiarę w Zmartwychwstanie, i potośmy stamtąd odchodzili – by zaświadczyć, że „nie ma Go tu, zmartwychwstał”. A że świat sobie niewiele z tego faktu robi – w pewnym sensie – trzeba będzie przywyknąć. Obrażanie się na świat naprawdę zda się na niewiele.