Nie będę cytował poszczególnych wypowiedzi ani podawał nazwisk reprezentujących poszczególne stanowiska. Każdy choć ogólnie się orientujący w publicznej debacie wie, co kto mówi o karze śmierci, jej zasadności, wartości moralnej itd. Rozbieżność stanowisk, które głoszone są – każdy jest o tym przekonany – z wnętrza katolicyzmu, jest zaskakująca. Stanowisk jest wiele, od skrajnych: Kościół jest za karą śmierci, Kościół nie jest, aż po bardziej zniuansowane: w pewnych okolicznościach, w ostateczności, teoretycznie tak, ale praktycznie nie ma potrzeby itd. Przywoływane są i przeciwstawiane poglądy Benedykta XVI i Jana Pawła II, obu redakcji Katechizmu, Evangelium Vitae, kard. Nycza i św. Tomasza, bp. Pieronka i Pawła Milcarka. Niezwykła subtelność tej materii pokazuje, że bardzo trudno jest tutaj o precyzyjną i wyczerpującą wypowiedź, która w pełni ukazywałaby prawdziwe stanowisko Kościoła. Pokazuje to także, że w tej materii możliwa jest także dyskusja, to znaczy nauczanie na temat kary śmierci w Kościele ewoluuje i nie osiągnęło jeszcze chyba formy ostatecznej.

Czy Kościół jest za karą śmierci? „I tak, i nie”. Czy Kościół jest przeciw karze śmierci? „I tak, i nie”. Obie odpowiedzi są poprawne, obie wszak domagają się szeregu uściśleń, przypisów i notatek na marginesie, które w dyskusji publicystycznej są prawie niemożliwe. Celowo zacytowałem tutaj słynną już odpowiedź ks. Adama Bonieckiego daną Monice Olejnik na pytanie, czy krzyż powinien wisieć w sejmie. Na naszych oczach dochodzi do – moim zdaniem – niebezpiecznego przesunięcia w obszarze „doktryny” i jej usytuowania. Chyba dla wszystkich jest oczywiste, że kwestia oceny moralnej kary śmierci i jej zasadności leży bliżej dogmatyczno-etycznego centrum objawienia i depozytu wiary niż kwestia umieszczania krzyży gdziekolwiek. Paradoks polega na tym, że w publicznej dyskusji obie te kwestie zamieniły się nagle miejscami i charakterem.

Nagle okazało się, że dyskutowalna jest kwestia kary śmierci, a niedyskutowalna – kwestia krzyża w sejmie czy zachowania (pseudo)artystyczne. A przecież ów „współczynnik dyskutowalności” wyglądać powinien właśnie odwrotnie. To problem kary śmierci podlega definiowaniu przez Magisterium Ecclesiae, a nie problem obecności krzyża w miejscach publicznych czy jakichkolwiek innych lub też ten czy inny wybryk wokalisty na scenie. To w kwestii kary śmierci trzeba jak najbardziej precyzyjnego nauczania wiernych, ponieważ – jak pokazują to dyskusje także w domach – ludzie są doprawdy skołowani. „Kościół jest za, a nawet przeciw” – powtarzają dzisiaj polscy katolicy, którzy pogubili się w meandrach teologii moralnej, która skalpelem scholastyki rozprawia się z kwestią, analizując przedmiot, podmiot, cel, okoliczności, ewentualne dobro, potencjalną szkodę i inne jeszcze pomniejsze kryteria oceny wykonywania kary głównej.

I jeszcze jedna konstatacja, smutna zresztą. Ci, co wołali o jednoznaczność w tamtych, peryferyjnych kwestiach, w tej zasadniczej dalecy są od jednoznaczności. Podziw wzbudza ich zdolność do lawirowania, aby tylko nie zgodzić się z tendencją, która ujawnia się w ostatnich wypowiedziach Kościoła. Podziw wzbudza też ich zdolność do „właściwej” oceny znaczenia obu wypowiedzi: jeśli chodziło o Bonieckiego, to dobrze, że mu zabronili gadać, bo przecież „każdy duchowny to rzecznik Kościoła”, a słowa Benedykta o karze śmierci to przecież jeszcze nawet nie encyklika… i żadnej dyskusji nie ucinają.