Najpierw dwa cytaty. „Poza tym to wszystko wydarza się po serii wypowiedzi Bonieckiego, które trudno było pogodzić ze stanowiskiem Kościoła, a zakonnik nie jest od tego, żeby plótł, co mu ślina na język przynosi, lecz żeby reprezentował stanowisko Kościoła” (Tomasz Terlikowski). „Jest on [ks. Boniecki] znany z tego, że mówi o własnych przeświadczeniach, które prezentuje od wielu lat” (Paweł Milcarek). Obaj cytowani autorzy: Terlikowski robi to expilicite, a Milcarek – implicite upominają się o „stanowisko Kościoła”, przeciwstawiając temu wypowiedzi i przeświadczenia ks. Adama.

Czy w Kościele jest miejsce na własne opinie i przeświadczenia? I w jakim zakresie? Po pierwsze, trzeba przypomnieć, że w Kościele katolickim istnieje tzw. hierarchia prawd, o której mówił II Sobór Watykański w kontekście działalności ekumenicznej. Przypominał, że trzeba pamiętać „o istnieniu porządku czy «hierarchii» prawd w nauce katolickiej, ponieważ różne jest ich powiązanie z zasadniczymi podstawami wiary chrześcijańskiej” (Unitatis redintegratio, nr 11). Inaczej mówiąc, nie wszystko w doktrynie Kościoła jest tak samo ważne: są dogmaty, są prawdy katolickie, które choć należą do autentycznego nauczania, to nie cieszą się nieomylnością, są w końcu teorie, opinie i hipotezy teologiczne. Im dalej od centrum, tym większa dowolność interpretacji. Kwestia sposobu obecności Kościoła w przestrzeni publicznej, w tym krzyża w parlamencie, na pewno nie należy do centrum depozytu wiary. Uprawniona jest tutaj wielość interpretacji, jak uprawniona jest wielość możliwych rozwiązań praktycznych. Podobnie jest z oceną konkretnych występów artystycznych tudzież obecności określonych osób w telewizji. To są – mówiąc szczerze – kwestie peryferyjne, co do których można mieć własne zdanie i przeświadczenie. Nawet gdyby istniało w tej kwestii jakieś oficjalne stanowisko Kościoła w Polsce, nie ogranicza to wolności teologicznego myślenia, które ma prawo objawiać się w debacie.

Jako niebezpieczne należy uznać – moim zdaniem – uzurpowanie sobie prawa przez niektórych publicystów (bo nawet nie teologów) do orzekania o czyimś stanowisku, że jest katolickie bądź niekatolickie. Dzieje się tak – niestety – z wielu stron. By odebrać komuś prawo do katolickości, trzeba mieć poważne argumenty, a nie jedynie przywiązanie do własnego rozumienia katolicyzmu i prywatnych upodobań. W ten sposób katolickość zamienia się w partykularność i ekskluzywizm polegający na przypisywaniu sobie prawa do bycia „prawdziwym” katolikiem w odróżnieniu od pseudokatolików. Żadna frakcja, stronnictwo, opinia, tradycja czy cokolwiek innego – o ile mieści się w granicach katolickiej ortodoksji – nie może sobie uzurpować prawa do określania siebie jako wyłącznie katolickiej. Czym będzie Kościół, gdy zwolennicy różańca zaczną przekonywać, że modlą się lepiej niż zwolennicy glosolalii? Czym będzie Kościół, gdy ci, co noszą krzyżyk na szyi, będą przekonywać, że są lepszymi katolikami niż ci, co go nie noszą? Czym będzie Kościół, gdy modlący się po łacinie będą przekonywać, że modlą się lepiej niż ci, co modlą się po polsku?

Zacytuję tutaj ks. abp. Budzika: „Nie dajmy się podzielić i nie zatraćmy możliwości dialogu. Jeśli ekumenizm jest ważnym zadaniem Kościoła, to tym bardziej winien to być «ekumenizm» wewnątrzkościelny. Nie zapominajmy, że jedność Kościoła nie wynika z wierności jakiejś opcji politycznej, ale zakorzeniona jest w tajemnicy Trójcy Świętej. Chodzi o jedność, która nie niszczy różnorodności i różnorodność, która nie rozbija jedności. W Kościele winniśmy szukać takiej właśnie jedności”. Zasada ta nie dotyczy wyłącznie różnorodności opcji politycznej, ale także opcji teologicznej, liturgicznej, społecznej i każdej innej, w które istnieje – oczywiście w zakresie ograniczonym przez depozyt wiary – dowolność.

Przypomnijmy scenę ewangeliczną: „Wtedy przemówił Jan: «Mistrzu, widzieliśmy kogoś, jak w imię Twoje wypędzał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodzi z nami». Lecz Jezus mu odpowiedział: »Nie zabraniajcie; kto bowiem nie jest przeciwko wam, ten jest z wami«” (Łk 9,49–50). Być może wymaga to od nas zbyt dużej pokory, by uznać, że są jeszcze „inni”, którzy nie chodzą z nami, a są uczniami Jezusa. Uznanie tego faktu jest bowiem uświadomieniem sobie, że nie mamy monopolu na jedyne słuszne bycie uczniem Jezusa.

Pozostaje pytanie, gdzie i jak ta dowolność może i powinna się objawić. Terlikowski i Milcarek (dla przykładu) zarzucają Bonieckiemu, że jemu wolno mniej, gdyż jest księdzem i zakonnikiem. To mało kulturalny wybieg, jeśli chodzi o debatę publiczną, w ten bowiem sposób obaj autorzy uzurpują sobie prawo, by hasać swobodniej (np. w kwestii spotkania w Asyżu), nikt ich bowiem nie napomni ani nie wyda nakazu milczenia, by obronić ich przed własną elokwencją, jak o casusie Bonieckiego napisał Milcarek. Może jestem naiwny, ale wydaje mi się, że nasi wierni (przynajmniej ich część) potrafią odróżnić nauczanie z ambony od debaty publicystycznej i wcale nie biorą wypowiedzi ks. Bonieckiego czy o. Rydzyka za autentyczne nauczanie Kościoła i proklamację Ewangelii. No chyba, że mamy do czynienia z „wyznawcami” obu księży, a to już tchnie duchem sekciarstwa. Wyznawcą trzeba być Jezusa Chrystusa, a nie jakiegokolwiek księdza, z tej czy tamtej strony, tej czy innej tradycji.

I jeszcze jedna myśl na koniec. Co rusz powracają w Polsce tęsknoty za jednym głosem Kościoła. Taki głos jest możliwy i niezbędny, ale jedynie w tym, co konieczne. Sam Episkopat różni się bardzo co do szczegółowych rozwiązań teologiczno-pastoralnych, czego udowadniać nie trzeba. Różnią się biskupi, różnią się księża, różnią się świeccy. Tak jak papież różni się od papieża. Powracają także tęsknoty za Kościołem, który na każde pytanie, nawet najbardziej szczegółowe, będzie miał jedną, autentyczną odpowiedź i wykładnię. Ale Kościół coraz częściej zamiast rozwiązań daje metodę i instrumenty, za pomocą których każdy wierny musi wypracować osobiste rozwiązania. Już nie ma indeksu ksiąg zakazanych, samemu trzeba umieć zdecydować, co czytać. Ostatecznym sanktuarium i trybunałem jest sumienie, w którym każdy musi dokonać wyboru. Kościół wyznacza jedynie pewne główne kierunki i granice, poza które nie można wyjść, nie popełniając błędu co do wiary i moralności chrześcijańskiej. I właśnie dlatego na wiele szczegółowych pytań nie ma prostych odpowiedzi, gdyż groziłyby one uproszczeniem. Posłuszeństwo w wierze dopełnione jest koniecznością osobistej konfrontacji z wolnością i wolnym wyborem.