Warto otwarcie i uczciwie powiedzieć, że w słusznej obronie ks. Adama Bonieckiego padło, niestety, kilka argumentów bardziej lub mniej niesłusznych, nietrafionych, stronniczych, a niekiedy wręcz bezsensownych. Poniżej ich, z konieczności krótki, przegląd. Ulegając im, wpadamy w ślepe uliczki, z których czasem trudno wybrnąć.

Apostazja. To nawet nie argument, lecz gest oburzenia. Skoro Kościół tak traktuje ks. Bonieckiego, to występuję z Kościoła. Tego typu głosy można było usłyszeć i od internautów, i od celebrytów. Trudno o większy nonsens niż występowanie z Kościoła w imię solidarności z księdzem, wiernym sługą Chrystusa, od lat kochającym Kościół na dobre i na złe…

Przestępstwo. Niektórzy sądzą, że uciszając Bonieckiego, marianie gwałcą konstytucyjną wolność słowa albo wręcz okazują skłonności totalitarne. A przecież tu nie o wolność wypowiedzi chodzi czy o pogwałcone prawa człowieka. Każda korporacja dużo bardziej gwałci swobodę swych członków niż księża marianie, a uznajemy to za dopuszczalne. Tu chodzi – jak pisałem w komentarzu „Złota zasada do lamusa” i jak pisał ks. Andrzej Draguła w komentarzu „O publicystyce i duchu sekciarstwa” – o skrajnie stronnicze zawężenie rozumienia katolickości. Wszak ks. Boniecki nie naruszył jedności katolickiej w niczym, co konieczne, więc i zakaz jest bezzasadny.

Wstyd za Kościół. Sam użyłem dość podobnej formuły, pisząc w pierwszym moim komentarzu: „Wstydzę się, że jest to możliwe w moim/naszym Kościele”. Jest jednak zasadnicza różnica między wstydzeniem się en bloc „za Kościół” a wstydzeniem się, że w moim/naszym Kościele możliwe jest podejmowanie tak istotnych decyzji wobec tak ważnej osoby publicznej w tak nieodpowiedzialny sposób i bez żadnego publicznego uzasadnienia.

Frakcyjność. Zauważalne jest, niestety, wykorzystywanie spontanicznego odruchu protestu do „marketingowego” umacniania swojej własnej, stronniczej tożsamości. Dla ks. Adama, o ile rozumiem, katolicyzm otwarty to nie jedno ze „stronnictw” w Kościele, lecz głęboka katolicka tożsamość połączona z ewangeliczną otwartością na innych. Nie jest więc obecnie właściwe tworzenie nalepkowej „frakcji Bonieckiego”. Potrzebne jest raczej upominanie się, że w samym sercu katolicyzmu musi być miejsce dla takich jak redaktor senior „TP”. Jego nie można wypchnąć na margines Kościoła.

Bezbłędny Boniecki. Traktowanie ks. Adama jako nieomylnego posiadacza prawdy rozmija się z kolei z tym, jak on sam traktuje swoją publicystykę i aktywność publiczną. On chce zapraszać do refleksji, wskazywać kierunki myślenia, czasem wyrażać wątpliwości. Uznanie, że on zawsze ma rację, to traktowanie go jako „nieomylną wykładnię”. Chyba mu nieswojo w tym kostiumie.

Uciszyć Rydzyka! Takie słowa są zrozumiałe jako odruchowa reakcja, ale jako argument są nietrafione. Bo czy uciszenie Rydzyka usprawiedliwiałoby uciszenie Bonieckiego? Tu nie ma symetrii! A przede wszystkim – ja wcale nie chcę, żeby o. Rydzyk otrzymał zakaz wypowiadania się publicznie. Chciałbym natomiast, żeby stworzone przez niego media były bardziej katolickim (tzn. powszechnym), a mniej partyjnym głosem w naszych domach – żeby można było kontynuować dobre strony Radia Maryja, unikając jego wad.

Co powiedziawszy, podtrzymuję, że „bronię księdza Bonieckiego”, co oznacza: bronię powszechności naszego Kościoła.