Ze smutkiem stwierdziłem, że reakcje na sprawę ks. Bonieckiego odtworzyły – i to bardzo mocno – głęboki podział, nad którego zasypywaniem nieco się w ostatniej dekadzie „Więź” napracowała.

Oto wszyscy bez wyjątku kościelni konserwatyści (tu, pomimo zróżnicowania, raczej można użyć ogólnej kategorii ideowej) zakrzyknęli, że mu się należało, że to słuszna kara i brawo dla władz zakonnych za odwagę i mądrość. Wszyscy katoliccy „niekonserwatyści” (to negatywne określenie to chyba jedyny wspólny mianownik dla tych zróżnicowanych grup i osób) uważają, że mamy do czynienia z zakneblowaniem człowieka-symbolu i wydarzeniem niosącym wielkie straty dla przyszłości Kościoła.

Sam należę, jak wiadomo, do tej drugiej grupy. Miałem jednak nadzieję, że choć jeden konserwatysta wzniesie się ponad swoją niechęć do „Tygodnika Powszechnego” i dostrzeże, że istotą naszych protestów w tej sprawie nie jest wcale bronienie znajomego, „swojaka” czy „ziomala”. Chodzi o poważne naruszenie kościelnej „złotej zasady” jedności w różnorodności (i odwrotnie: różnorodności w jedności): „W tym, co konieczne – jedność; w tym, co wątpliwe – wolność; we wszystkim – miłość”.

Ks. Boniecki nie naruszył jedności katolickiej w niczym, co konieczne. Dlatego nagłe uciszanie go metodą zakazów jest bezzasadne. Nie można przecież czynić stosunku do Palikota i Nergala miarą kościelnej ortodoksji! Na obie te kwestie patrzę nieco inaczej niż redaktor senior „Tygodnika Powszechnego”. Z jego stanowiskiem można dyskutować. Ale skandalem jest dopiero uznanie „jedynie słusznego” stosunku do tych kwestii za papierek lakmusowy katolickości. Oznacza to bowiem całkowite niemal unieważnienie powyższej zasady. Tym, co wymaga katolickiej jedności, staje się w tym ujęciu już nie tylko depozyt wiary, lecz także sprawy społeczno-polityczne. Nie ma już miejsca na wolność, że o miłości nie wspomnę…

A przecież prowincjał marianów miał całą paletę możliwych środków działania wobec swego sędziwego współbrata i (warto przypomnieć!) byłego przełożonego generalnego, gdy nie spodobały mu się jego komentarze. Można było z ks. Bonieckim porozmawiać, podyskutować, przekonać do swojego zdania. Można było opublikować własną ocenę dyskutowanych kwestii i podjąć publiczną polemikę. Można było ogłosić, że ks. Boniecki prezentuje opinie prywatne, a nie polskiej prowincji marianów, itp. Wybrano jednak rozwiązanie najprostsze i, niestety, najgorsze.

Zastosowany wybieg – wyjaśnienie, że zakaz dotyczy tylko wystąpień poza „Tygodnikiem Powszechnym” – jedynie pogłębia skalę absurdu. Czemuż bowiem myśli, które wolno głosić na łamach „TP”, stają się niewłaściwe poza tym pismem i nie mogą być głoszone gdzie indziej? Kompletny brak logiki.

Tu leży istota sporu. Pozostałe argumenty są umiejscowione na – niesłychanie ważnym, ale jednak wtórnym – poziomie wizerunkowym Kościoła. To, o czym mowa powyżej, dotyka natomiast samego sposobu rozumienia Kościoła i sposobu bycia Kościołem.