Zmusiłem się, by przeczytać program Ruchu Palikota pod hasłem „Nowoczesne państwo”. Trudno mówić o spójnym programie. To raczej zbiór radykalnych postulatów, w większości obyczajowych, o założeniach politycznych czy gospodarce tam niewiele. Ruch poparcia Palikota zdobył dużo głosów i jest fakt bezdyskusyjny. W którejś audycji w radiu usłyszałem, że ugrupowanie uzyskało tak dobry wynik, gdyż poparli je różnej maści społecznie niezadowoleni. To nieprawda. Przynajmniej częściowa nieprawda. Ruch Palikota nie karmi się niezadowolonymi w sensie socjalnym. Nie popierają go ci, którzy stracili na transformacji ustrojowej. Ci byli w Samoobronie, a w dużej mierze zasilają szeregi zwolenników PiS. Ruch Palikota to reprezentacja alternatywnego modelu życia, innego niż kulturowo wciąż w Polsce dominujący. Palikot zawarł w swoim programie najbardziej sztandarowe problemy, które powracają w publicznej debacie i bez jakiegokolwiek niuansowania zaproponował radykalne rozwiązania. A wszystko to podlane antykościelnym sosem.

Cały program utrzymany jest w antyklerykalnej retoryce, z której dobrze już są znani niektórzy jego zwolennicy (nomina sunt odiosa). Kościół i księża to zasadniczy wrogowie Ruchu Palikota. Jego zwolennicy właśnie w Kościele upatrują największą (a może jedyną) przyczynę swoich nieszczęść. W ich mniemaniu to z inspiracji Kościoła mamy takie prawo, jakie mamy. A jeśli nie z inspiracji Kościoła to z powodu nieustannego liczenia się z nim. O jaki tu właściwie Kościół idzie?

Kiedy poczytałem komentarze na FB oraz różnych „katolickich” portalach na temat wyborów i wyniku osiągniętego przez Ruch Palikota, uświadomiłem sobie, że w dużej mierze Kościół sam sobie go wyhodował (Palikota i jego ruch). Z wielu wpisów toczyła się nienawiść w najczystszej postaci. Słowa, którymi opisywani byli jego zwolennicy, w tym także potencjalni członkowie parlamentu, nie nadają się tutaj do publikacji, ale można je znaleźć w słownikach wulgaryzmów, słów obraźliwych, slangu knajackiego. Styl – niestety – w dużej mierze rynsztokowy.

Staram się z ludźmi rozmawiać, także z tymi, którzy z Kościoła odchodzą albo dystansują się do niego. Wielu z nich odchodzi od Kościoła (czasami także od wiary) wcale nie z powodu tego, co Kościół mówi, ale z powodu tego, jak mówi. Nie, nie wzywam do zmiany nauczania Kościoła. Chodzi o język i styl, jakim się Kościół posługuje. Że można to zmienić, przykładem jest kwestia miejsca w Kościele osób rozwiedzionych i żyjących w powtórnych związkach. Kościół nauczył się mówić o tych ludziach i do tych ludzi inaczej, wcale nie zmieniając swego nauczania o trwałości sakramentalnego małżeństwa. Takiego języka trzeba się uczyć także w innych kwestiach, jak choćby w przypadku in vitro. Nazywanie dziecka poczętego za pomocą zapłodnienia pozaustrojowego „produktem” jest po prostu obraźliwe, gdyż to dziecko ma taką samą duszę nieśmiertelną i urodziło się z takim samym grzechem pierworodnym co my i jest tak samo kochane przez Boga jak każdy z nas. To trudne, ale wciąż musimy się uczyć tego, jak nie akceptować grzechu, a jednocześnie afirmować człowieka.

Kościół ma trudność z własnym wizerunkiem. Kościół „postrzegany” przez ludzi jest odbiciem Kościoła przez nas „pokazywanego”. Bóg jeden wie, jak daleko od Kościoła „pokazywanego” do Kościoła „prawdziwego”, czyli takiego, jakim on jest naprawdę. A „prawdziwy” Kościół ma słowo zbawienia dla wszystkich. Szkoda tylko, że często wygląda to tak, że dla niektórych ma jedynie słowa potępienia zamiast słów ocalenia.