Na świebodzińskim Chrystusie Królu Wszechświata zawisł szalik kibiców zielonogórskiego Falubazu. I z Króla Wszechświata na chwilę stał się Królem Kiboli. Co do pojęcia „kibol” trwa dyskusja. Poznaniacy twierdzą, że „kibol” to w gwarze wielkopolskiej po prostu kibic, który z zaangażowaniem kibicuje własnemu klubowi. Powszechniej jednak, a to za sprawą mediów, „kibol” to synonim pseudokibica, stadionowego chuligana, takiego, dla którego sport i kibicowanie to po prostu pretekst i dobra trampolina do rozróby i zadymy.

Od kibiców niedaleko jednak do wyznawców. Nie trzeba chyba przypominać, że dla wielu mieszkańców Zielonej Góry nie ma innego Falubazu, jak tylko święty. Podobno w Warszawie istnieje Matka Boża Łazienkowska, która patronuje Legii (wiadomość niepotwierdzona). Jest jeszcze Iglesia Maradoniana, czyli Kościół Maradony, gdzie przedmiotem kultu jest piłka nożna w koronie cierniowej, a funkcję Biblii spełnia biografia założyciela pt. El Diego.

Że sport i kibicowanie mogą stać się religią, to więcej niż oczywiste. Mogą zaspokoić różne religijne i parareligijne pragnienia: poczucie wspólnoty, zbiorowa ekstaza, wszechogarniający rytuał, hasła jak aklamacje, sportowcy niby kapłani, trofea i kolory jak dewocjonalia. A na to wszystko jeszcze trochę wojennej retoryki. Dzisiaj już się nie wysyła na potyczkę drużyny rycerzy, by w polu bronili honoru grodu. Dzisiaj wysyła się ekipę żużlową, piłkarską, koszykarską, by dla nas i za nas, i w imieniu nas stoczyli bitwę z odwiecznym wrogiem, choć nikt już nie pamięta ani początku, ani powodu konfliktu.

W sportowej i kibicowskiej rywalizacji pojawiło się coś niesportowego. W dużej mierze współzawodnictwo przerodziło się w zbiorowy seans pogardy i nienawiści. Pisałem już kiedyś na tym blogu o moich wrażeniach z meczu Lech Poznań – Legia Warszawa. Przerażające było to, z jaką pogardą lżono przeciwnika. Ktoś mi dzisiaj powiedział, że dla fana Falubazu kibic Unii Leszno czy Stali Gorzów to od zawsze był „pies” – zwierzę, które od zawsze było synonimem pogardy. Jeśli to prawda, to smutne to i przerażające zarazem.

Oglądałem kiedyś mecze w piłkę nożną o mistrzostwo Afryki. Hałas, jaki był na tamtych stadionach skutecznie zagłuszał to, co się działo na murawie, a wuwuzele zagłuszyłyby każdego polskiego bębniarza. Mecz jak mecz. Reguły te same, co w Polsce, w Europie. Z tą jedną różnicą: kibice na trybunach, bez względu kto zdobywał bramkę, cieszyli się wspólnie z każdego gola. Dla nich bowiem mecz nie był ekwiwalentem wojny, lecz zabawy. Chciałoby się takiego kibicowania. Wiem, jestem naiwny.