Brałem ostatnio udział w dyskusji na temat doświadczenia egzystencjalnego człowieka i roli tego doświadczenia w katechezie. Ale nie o tym chciałem. Zaintrygowało mnie co innego. Jeden z profesorów cytował innego (nie pamiętam, chodziło o jakiegoś Niemca), który miał powiedzieć, że współczesny człowiek mniej stawia pytań ostatecznych, pytań o sens istnienia od swoich poprzedników.

Teza publicystycznie nośna, boć to przecież tak dobrze ponarzekać, że człowiek współczesny taki niemetafizyczny, co to już o Bogu (bogach) zapomniał, nie ma poczucia sacrum, nie doświadcza transcendencji, nie martwi się tym, co go czeka, gdy zejdzie z tego łez padołu. Ośmielam się dopowiedzieć, że to teza nośna zwłaszcza wśród niektórych teologów i kaznodziejów, co lubią narzekać na ten bezbożny świat.

Popularność tej tezy nie przekłada się jednak – moim skromnym oczywiście zdaniem – na jej prawdziwość. Bo właściwie dlaczego człowiek współczesny miałby być mniej zaniepokojony sobą i swoim losem niż jego średniowieczny czy starożytny protoplasta? Czy z faktu, że coraz więcej wiemy o sobie wynika wniosek, że się mniej pytamy o sens istnienia?

Postawienie takiej tezy ma daleko idące konsekwencje dla teologicznej wizji człowieka. Trzeba by bowiem stwierdzić, iż oto na naszych oczach zasadniczo zmienia się ludzka natura, że człowiek jakościowo staje się inny niż był, że to, co stanowiło o jego tożsamości – ów egzystencjalny niepokój – przestaje być jego istotnym wymiarem. Homo już nie jest ani sapiens ani religiosus ani nawet ludens, lecz po prostu consumens. I to go ostatecznie i w zupełności coraz bardziej zaspakaja… Hm.

A przecież świat, w którym żyjemy – jak zawsze (bardziej?) – skłania do stawiania pytań ważkich: skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy, kim jesteśmy? „Miał być lepszy od zeszłych ten nasz XX wiek” – jak pisała Szymborska, ale przecież nie był. Dwie wojny światowe i kilkanaście mniejszych skutecznie przypomniały o bólu istnienia. A nawet gdyby już zapanował pokój (czemu akurat początek wieku XXI skutecznie przeczy), to wciąż jeszcze nas nagle i znienacka wobec pytań ostatecznych stawia przyroda i – tak to nazwijmy – los. „Znowu i tak jak zawsze, / co widać powyżej, / nie ma pytań pilniejszych / od pytań naiwnych” – raz jeszcze Szymborska.

Skąd więc ten stan frustracji katechetów i kaznodziejów, którzy nie słyszą pytań egzystencjalnych swych słuchaczy? Albo słyszą je coraz rzadziej i mniej? Wcale nie dlatego, że ludzie ich nie stawiają, ale dlatego, że stawiają je coraz częściej gdzie indziej niż w przestrzeni Kościoła i religii. Żyjemy w świecie, gdzie religia (przynajmniej ta oficjalna) straciła monopol na posiadanie odpowiedzi na ostateczne pytania. Kaznodziejami i katechetami współczesności są nie tylko księża czy teologowie, ale także nie filozofowie, ale dziennikarze, artyści, pisarze, politycy, aktorzy, filmowcy, a nawet piosenkarze. Cytowanie Boba Dylana przez bł. Jana Pawła II było znamienne. Było jakimś znakiem ze strony Kościoła świadomego, że wiatr, który przynosi odpowiedź, to dla wielu ludzi niekoniecznie wiatr Ducha Świętego.

Nie ma moim zdaniem podstaw, by twierdzić, że dzisiejszy człowiek nie stawia sobie pytań o to „przez ile dróg musi przejść każdy z nas”. Stawia. I nie wiem, czy bardziej czy mniej stanowczo niż kiedyś. Być może każdy wiek formułuje te pytania inaczej, ale bez nich nie ma człowieczeństwa. Ten niepokój jest w człowieku constans. To nie na ludzi trzeba więc narzekać, że nie pytają. Pytają. Tylko dlaczego nie słyszymy tych pytań? Dlaczego stawiają je tam, gdzie nas nie ma? Czy może wychodzą z założenia, że nie mamy dla nich żadnych (dobrych) odpowiedzi? A może nasze odpowiedzi ich nie satysfakcjonują? Przecież to my mamy odpowiedzi prawdziwe. Poza nami są tylko te prawdopodobne, to znaczy podobne do prawdy – jak sztuczny miód, jak wyroby czekoladopodobne. Nie to jest niepokojące, że ludzie nie stawiają pytań, bo to nieprawda. Niepokojące jest to, dlaczego zaspokajają się imitacjami odpowiedzi.