Jak to bywa na FB, ktoś podrzuci link do jakiegoś filmu, ktoś inny chce się podzielić zdjęciami z jakiegoś wydarzenia. Tak właśnie trafiłem na film z „Mszy rockowej” i zdjęcia z „Mszy trydenckiej” (obie nazwy opatruję cudzysłowem, bo Msza jest tylko jedna – święta).

Najpierw „Msza rockowa”, którą pewien kapłan – zapewne w dobrej wierze i powodowany pastoralnymi intencjami – odprawił w Świnoujściu. Całej Mszy nie oglądnąłem, choć chyba dostępna jest w całości na Youtubie. Widziałem liturgię eucharystyczną, która dała mi wystarczający ogląd na całość. Kapłan przy ołtarzu, obok kapela rockowa, dookoła reflektory zapalające się w rytm muzyki. Dialog przed prefacją bliższy melorecytacji niż śpiewowi. Atmosferą muzyczną przypominało mi to nieco Mszę wędrującego w wykonaniu Anny Chodakowskiej do tekstów Edwarda Stachury. Co innego jednak koncert co innego Msza. Najbardziej przerażająco wyglądało oko reflektora, który obracał się dookoła własnej osi rzucając ostre, białe światło.

Kilka dni wcześniej oglądnąłem zdjęcia z Mszy św. w formie nadzwyczajnej (według terminologii użytej przez Benedykta XVI w Summorum pontificum) odprawionej przy konfesji św. Piotra w Rzymie. Obok głównego celebransa cały cortège posługujących różnych stopni i godności. Procesja osób biorących udział w liturgii była długa i wizualnie przepyszna. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu (podkreślam – chodzi o subiektywne wrażenie) niezwykłej archaiczności tego, co się dzieje – coś jakby Kościół otworzył muzea i zapomniane szafy w zakrystiach i ubrał się w stare koronki. Wiem, że ta liturgia dla bardzo wielu jest bardzo droga. Wiem też, że znający ją i biorący w niej udział zdają sobie sprawę z symboliki i znaczenia tej całej – dla postronnego widza – przyciężkawej scenografii i rekwizytorni. Tam wszystko ma swoje uzasadnienie i sens, a forma jest doskonałym wyrazicielem treści.

Starałem się na obie te celebracje (choć zapewne zwolennicy tej drugiej o tej pierwszej tak nie powiedzą!) popatrzeć postronnym okiem potencjalnego obserwatora. Skłoniły mnie do tego komentarze umieszczone pod filmem na FB. Ktoś napisał, że taka rockowa wersja Eucharystii jest dobra „dla tych, co uważają, że kościoł to tylko mohery..”. Ktoś inny odparował: „Ale tu rodzi sie pytanie: na ile Kościół może sobie pozwolić by »przyciągnąć tych, co uważają że KK to tylko mohery«?” (pisownia oryginalna). No właśnie, czy Msza jest po to, by kogoś przyciągać?

Przeciwko rozumieniu Mszy św. jako „liturgii misyjnej” wypowiadał się niegdyś kard. Ratzinger. Msza św. – jak podkreślał – nie jest sprawowana po to, by kogoś nawrócić czy przyciągnąć. Charakter dydaktyczny i misyjny jest jej obcy. Jako misterium zakłada „inicjację”, w jej centrum jest przecież zawołanie „tajemnica wiary”. Ratzinger przywołuje starą legendę o tym, jak Ruś przyjęła chrześcijaństwo z Bizancjum. Posłowie, którzy udali się do Konstantynopola i widzieli tam boską liturgię, wrócili przekonani, że byli w niebie. „Liturgia bizantyjska – pisze Ratzinger – która tych szukających Boga cudzoziemców przeniosła do nieba, sama z siebie nie miała charakteru misyjnego. Nie była ona interpretacją wiary reklamującą ja na zewnątrz, na użytek niewierzących, była ona całkowicie zakorzeniona i zanurzona w wierze” (Kościół. Pielgrzymująca wspólnota wiary, Kraków 2005, s. 82).

Ani jednak ani druga omawiana tutaj liturgia nie była po to, by przyciągać, nie była „wyłącznie dla ludzi” (Ratzinger), ale – jak mam nadzieję – by oddać chwałę Bogu. Ale taka wątpliwość u postronnego widza może się jednak zrodzić. Pod wspomnianym filmem ktoś napisał, że takie inicjatywy „są w porządku byle tylko wskazywały wyraźnie swą formą na Chrystusa, a nie żeby stawały się tylko widowiskiem”. Otóż to. Zapewne w obu przypadkach uczestnicy liturgii byli przekonani, że użyli formy wskazującej na Chrystusa. W obu jednak przypadkach – choć i tu i tam w końcu złożono tę samą Ofiarę – można było się zatrzymać na etapie widowiska. Z obu liturgii można było wyjść emocjonalnie poruszonym, a to – jak dobrze wiemy – nie jest miarą niczego, a na pewno nie prawdziwości liturgii.