Tak się złożyło, że w dzień rozpoczęcia sezonu żużlowego byłem w Rzeszowie. PGE Marma Rzeszów podejmował Caleum Stal Gorzów. Bracia saletyni, u których głosiłem rekolekcje, zapytali mnie, komu będę kibicował jako zielonogórzanin. Odpowiedź nie była łatwa. W końcu przeciwnik mojego przeciwnika (bo przecież nie: wróg czy nieprzyjaciel) jest moim… No, właśnie – kim? Przeciwnikiem? Zapytałem też, jak się rozkładają sympatie zwolenników obu rzeszowskich klubów piłki nożnej: kto za Stalą, a kto za Resovią? Okazało się, że granice klubowych terytorium wyznaczają… tory kolejowe. Z jednej strony torów rządzi Resovia, a z drugiej – Stal.

Pomyślałem sobie: jakie to proste! Wystarczy tylko zamieszkać po drugiej stronie torów, rzeki, wzgórza czy nawet drogi (że o zamieszkaniu w innym mieście nie wspomnę), by nagle zostać kimś innym, obcym, a czasami wręcz wrogiem. Okazuje się, że człowiek z etykietką przynależności to już inny człowiek – naznaczony stygmatem. I nagle zamiast sportowego przeciwnika mamy nieprzyjaciela, a nawet wroga; bywa, że na śmierć i życie.

Podkusiło mnie i pojechałem z kolegami na mecz piłki nożnej. Stadion nowy, kluby z górnej półki. Ale tak naprawdę mecz zaczął się już przed meczem. Kibice (choć tutaj się waham, jakiego użyć słowa) obu drużyn zajęli przeciwległe trybuny. Gości (Jakich gości? Przecież gości się tak nie traktuje.) oddzielono ogrodzeniem i kordonem ochrony. Oba wydarzenia – to na murawie i to na trybunach – działy się równolegle, czasami się zazębiając. Większość jednak czasu to, co działo się na murawie, kibicom „nie przeszkadzało”. Mieli przecież swój mecz do wygrania: mecz na gwizdy, okrzyki, hasła, wyzwiska, napisy, dymy i petardy (uczciwie przyznaję, że dymy i petardy tylko z jednej strony). Gdy jedna z drużyn zdobyła prowadzenie, nie omieszkano wyrazić swej radości określając klub gości słowem rozpoczynającym się na literę k, które w polszczyźnie uważa się za obraźliwe, wulgarne, nieparlamentarne. To, co czasami pojawia się w knajackim dialogu, ryczały tysiące gardeł. W tym kobiety i dzieci.

Moje zażenowanie nie dla wszystkich było zrozumiałe, bo to podobno ja nie rozumiem tego, co się działo na stadionie. Ano nie rozumiem. Dla mnie to był zbiorowy rytuał nienawiści. Podobno jeden i drugi klub to odwieczni wrogowie. Ale za to ten i tamten przyjaźnią się z innymi dwoma klubami. Dlaczego ten wrogiem, a ten przyjacielem – nie wiem. Coś jak Hutu i Tutsi, Piktowie i Wikingowie. Plemiona z własnymi hasłami, totemami, barwami, a nawet terytorium.

Przyznaję, jestem niedzielnym kibicem. Może tym prawdziwym to nie przeszkadza. A może to jest właśnie prawdziwe kibicowanie? Sam już nie wiem, gdzie kibice, a gdzie kibole. Niestety, to co działo się na trybunach skutecznie przesłoniło mi to, co działo się na murawie. Nie wiem, czy to nie była moja ostatnia obecność na stadionowej trybunie. Nie bardzo bowiem wiem, dlaczego miałbym – na własne życzenie – stawać się świadkiem rytuałów nienawiści. I to w dodatku za niemałe pieniądze. Następnym razem kupię sobie wuwuzelę i zasiądę przed telewizorem. I wszystko mi jedno, kto wygra, byle dobrze grali.