Oglądnąłem „Salę samobójców”. Film bolesny. O samotności, o braku akceptacji, o rodzicach, którzy nic nie wiedzą o swoim dziecku, o przesunięciu życia z realu do cyberprzestrzeni, o przyjaźniach internetowych i wielu innych kwestiach. Recenzji nie będzie, jedynie kilka uwag o pewnym zjawisku.

Film widziałem świeżo po ogłoszeniu wyroku na chłopców, którzy przed kilkoma laty, będąc jeszcze w gimnazjum, nagrali na komórkę udawany seks z koleżanką. Nazajutrz dziewczyna popełniła samobójstwo, wieszając się na skakance. Intryga w filmie rozpoczyna się od podobnego zdarzenia. Wyluzowani maturzyści nagrywają na komórkę damsko-damskie i męsko-męskie pocałunki. Niby dla rozrywki. Pech chce, że jeden z chłopaków ma skłonności homoseksualne. To wydarzenie nakręca następne. Złośliwe komentarze pojawiają się w szkole i w sieci, gdzie można film zobaczyć. Potem pojawi się następny film. Ktoś w teatrze cieni opowiada historię, która wydarzyła się bohaterowi. Kolejny etap upokorzenia i komentarze, które mogą popchnąć do samobójstwa.

Od wynalezienia dyktafonu można sobie nagrać głos każdego i wszędzie. Od upowszechnienia się aparatów cyfrowych można zrobić każdemu zdjęcie. Fotografia przestała być sztuką czy rzemiosłem, a stała się czynnością wulgarną (od łac. vulagris – ‘zwykły, pospolity’). Możliwości, które daje telefon komórkowy, pozwalają nagrać siebie i innych w każdym, absolutnie każdym momencie. Najczęściej nikogo nie pytając o zgodę.

Gdy prowadzę kurs dla fotografów i operatorów kamer, którzy chcą wykonywać swój zawód w przestrzeni sakralnej, nieustannie apeluję o zachowanie ludzkiej intymności. W utrwalaniu tego, co się dzieje na przykład na weselach ludzie często nie mają już żadnych zahamowań. Internet jest doskonałym miejscem, by podzielić się śmiesznym zdjęciem i odjazdowym filmikiem z innymi, z całym światem. Nagle to, co intymne, staje się publiczne, a co prywatne – ogólnoświatową własnością. Niestety, nie dla wszystkich śmieszne i odjazdowe.

Prasa przytacza niemal codziennie informacje o rozpadających się związkach ze względu na publikacje i relacje w sieci. W ten sposób odkrywamy cudze zdrady, grzechy, małe świństewka i duże niewierności. Żyjemy w świecie nazywanym „społeczeństwem spektaklu”, w świecie wojerystycznym i pornograficznym, gdzie wszystko jest do pokazania i do zobaczenia.

Antropolodzy opisują reakcje ludzi kultur pierwotnych na nagrywanie ich głosów i robienie zdjęć. Ich interpretacja jest znamienna. Uważają, że ktoś im kradnie głos, ktoś im kradnie twarz. W polskim prawie prasowym jest zasada ochrony wizerunku. To prawda, ale zastosowanie tej zasady jest w gruncie rzeczy dosyć ograniczone. Więc kradniemy siebie nawzajem: swoje głosy, twarze, wizerunki, prywatne życie człowieka. Nikt już prawie nie pyta, czy może zrobić zdjęcie, tylko pstryka. Stop klatka bez jakiegokolwiek stopu. A potem do sieci. Bez jakiekolwiek zastanowienia się, jakie będą tego konsekwencje. „Ale odjazd” – padają komentarze pod filmikiem. Dla niektórych – niestety – odjazd ostateczny.