Wczorajsza „Rzeczpospolita” (1.02.2011) publikuje tekst włoskiego intelektualisty, Roberto de Mattei pt. Obawa przed Asyżem. To nie pierwszy tekst w tej gazecie ujawniający dystans do inicjatywy międzyreligijnego spotkania modlitewnego w Asyżu, zapowiedzianego przez Benedykta. O swoich wahaniach co do papieskiego pomysłu pisał także Paweł Lisicki (Moje kłopoty z Asyżem, „Rz” 15-16.01.11, Chętnie pojadę do Asyżu, „Rz” 19.01.11). Przekonywał go między innymi Piotr Sikora (Bóg będzie w Asyżu, „Rz” 24.01.11).

Nie mam zamiaru przekonywać do wyjazdu Pawła Lisickiego czy Pawła Milcarka, który na swoim blogu wyrażał nadzieję, że „Papież naprawi dwuznaczność »ducha Asyżu«”. Milcarek i Lisicki nie postulowali odwołania Asyżu, mając nadzieję, że papież rozwieje ich wątpliwości przed albo w trakcie spotkania. De Mattei wydaje się wprost popierać tych, którzy skierowali swą petycję do papieża, by nie jechał w październiku do Asyżu.

Nie mam też zamiaru nikogo przekonywać co do zasadności i skuteczności takich spotkań. Nie miejsce tutaj, by przedstawiać meandry katolickiej doktryny na temat zbawczych wartości w religiach niechrześcijańskich, jedyności zbawienia w Chrystusie i przez Chrystusa czy różnych sposobów rozumienia formuły mówiącej, że poza Kościołem nie ma zbawienia (Extra Ecclesiam nulla salus).

Intryguje mnie coś zupełnie innego. A jest tym łatwość, z jaką niektóre osoby, a za nimi pewnie i całe środowiska poddają w wątpliwość autorytet papieża. Lisicki pisał z wyraźną rezerwą: „W całej historycznej pamięci Kościoła tego typu spotkania międzyreligijne traktowane były, mówiąc eufemistycznie, z podejrzliwością. Udziału w nich wielokrotnie zakazywali wcześniejsi papieże. Zastanawiam się zatem, na mocy jakiego autorytetu owa wiekowa tradycja zostaje uchylona. I czy autorytet, który swe uzasadnienie czerpie z tradycji, znosząc ją, może nadal oczekiwać posłuchu? Nie wiem”.

De Mattei idzie dalej. Najpierw przypomina, że „w dziejach Kościoła zmysł wiary u zwykłych wiernych nieraz był bardziej zgodny z tradycją apostolską niż u pasterzy”. A potem wzywa już wprost: „Żyjemy w dramatycznych czasach, w których każdy ochrzczony musi mieć nadprzyrodzoną odwagę i apostolski zapał, by w ślad za przykładem świętych donośnym głosem bronić wiary – nie ulegając przy tym »racjom politycznym«, jak zbyt często zdarza się w kościelnych kręgach. Do odrzucenia Asyżu I i wyrażenia, z całym szacunkiem wobec Ojca Świętego, obaw w związku z Asyżem II popchnęła nas tylko i wyłącznie świadomość naszej wiary”. Muszę przyznać, że w pewnym sensie rozumiem rozczarowanie i konfuzję Lisickiego i Milcarka. Zapewne należą oni do tych, którzy z nieukrywaną radością przyjęli wybór kard. Ratzingera na następcę Jana Pawła II, licząc na wprowadzenie niejakiego porządku w nieco rozchwiany – w ich przekonaniu – liturgicznie i teologicznie Kościół. Do obszarów wymagających uporządkowania należą według nich zapewnie ekumenizm i dialog międzyreligijny, czemu zresztą dali niejednokrotnie wyraz. Fakt, że kard. Ratzinger był prefektem Kongregacji Doktryny Wiary, która wydała dokument „Dominus Iesus” i że – jak mówiono – wyrażał swój dystans do asyskiej inicjatywy Jana Pawła II dawał – jak się wydawało – uzasadnioną nadzieję, że „duch Asyżu” nie powróci.

Ale „aneksja Benedykta” przez środowiska konserwatywne się nie udała. Entuzjazm wyrażany wielokrotnie, gdy tylko media przynosiły jakąkolwiek minimalną wzmiankę o – że tak powiem – przyhamowaniu przez Benedykta, nagle ustąpił miejsca dystansowi, by nie powiedzieć – rozgoryczeniu. Bo, mam nadzieję, nie poczuciu bycia oszukanym. Zaskakujące jest dla mnie to, jak można „z całym szacunkiem do Ojca Świętego” dokonywać tak wybiórczej akceptacji jego nauczania, kierunku, wskazań. Że można wybierać to, co komu „leży”. Że w jednym przypadku – gdy papież jest „po linii” – można powoływać się na jego autorytet i nieomylność, a w innym – gdy nie jest „po linii” – tak łatwo można przeciwstawiać „zmysł wiary zwykłych wiernych” autorytetowi najwyższego pasterza. Ba, zarzucać, że papież „znosi tradycję” i zastanawiać się, czy „może nadal oczekiwać posłuchu”. Aż by się chciało zacytować Przysięgę antymodernistyczną o wezwaniu do wiary „w niezawodny charyzmat prawdy, który jest, był i zawsze pozostanie w »sukcesji biskupstwa od Apostołów«” [św. Ireneusz].