Sama zapowiedź opublikowania nowej książki Jana Tomasza Grossa wywołała gwałtowne reakcje. Niech zatem każdy, kto będzie chciał na ten temat zabierać głos, przygotuje się, sprawdzając zawczasu fakty i weryfikując własne oceny.

Książka „Złote żniwa” ma ukazać się w marcu br., nakładem Wydawnictwa Znak. Gross skupia się na opisie haniebnego procederu przekopywania przez polskich chłopów terenów byłych niemieckich obozów zagłady – czyli rozgrzebywania popiołów i przeszukiwania zwłok – w nadziei odnalezienia złota i kosztowności, które mogły mieć przy sobie żydowskie ofiary eksterminacji.

Prawda poszkodowana?

Wedle dostępnych informacji, autor „Złotych żniw” nie poprzestaje na opisie faktów (przedstawianych już przez polskich historyków), lecz chętnie formułuje generalizujące opinie. Jak podano, Gross „określił pole swoich badań, trawestując słowa Władysława Bartoszewskiego, który powiedział, że w uratowanie jednego Żyda musiało zaangażować się dziesięciu Polaków” i odpowiada, że zamordowanie jednego Żyda nie byłoby możliwe, gdyby nie pomoc wielu osób.

Wszystko wskazuje zatem, że rozgorzeje gorąca dyskusja. Gross idzie bowiem nie tropem swojej najgłośniejszej książki „Sąsiedzi” – która poruszała, przywołując nieznane wydarzenia – lecz rozwija metodę wykorzystaną w książce „Strach”, którą napisał tonem oskarżycielskim. Przesada prokuratora prowokuje jednak przesadne argumenty obrońców – a poszkodowana jest w tej sytuacji prawda, której opisanie wymaga nie jednostronności, lecz sprawiedliwego sędziego.

Warto więc, aby każdy, kto chciałby zabrać głos w sprawie „Złotych żniw”, zapoznał się z istniejącymi publikacjami na ten temat albo choćby dowiedział się, czy podobny proceder nie miał miejsca na żydowskich cmentarzach w najbliższej okolicy. Z interpretacjami i generalizacjami Grossa można i czasem trzeba się nie zgadzać, ale nie wolno negować faktu, że takie haniebne praktyki miały miejsce i na terenach byłych obozów zagłady, i na opuszczonych kirkutach rozsianych po Polsce.

I hieny, i Sprawiedliwi

Przygotowując się do lektury książki Grossa, warto też obejrzeć w kinach film „Joanna” Feliksa Falka. Jest to opowieść o Polce, która w okupowanym Krakowie odnajduje w kościele żydowskie dziecko i odruchowo postanawia się nim zaopiekować. W atmosferze wszechobecnego lęku nie jest jednak pewna reakcji otoczenia, nie może nikomu do końca zaufać, nawet najbliższej rodzinie. Ostatecznie ratuje życie dziecka, płacąc za to cenę odarcia z własnej godności i czci.

„Joanna” nie jest filmem dokumentalnym, lecz fabularyzowaną opowieścią o dylematach sumienia w sytuacji ostatecznej. Falk przekonuje, że oceniając tylko po zewnętrznych pozorach, można nawet bohatera uznać za zdrajcę. Przede wszystkim jednak film ten dobitnie ukazuje prawdziwość słów wyrytych na medalu Sprawiedliwych wśród Narodów Świata: „Kto ratuje jedno życie, jakby cały świat ratował”. Nawet jeśli sam zapłacił za to wielką cenę…

Wśród Polaków byli Sprawiedliwi bohaterowie i hieny cmentarne; byli bliźni współczujący Żydom, wystraszeni, obojętni i wrodzy. Tego nie zmienimy. Ważne, co z tą wiedzą robimy dzisiaj. W moim rodzinnym Otwocku na żydowskim cmentarzu do dziś widoczne są ślady buszowania po grobach w poszukiwaniu majątku. Dzisiejsze działania społeczników na tym kirkucie to także swoiste zadośćuczynienie za zniszczenia, jakich dokonali tu przed laty inni mieszkańcy miasta.

Komentarz zamieszczony w poznańskim „Przewodniku Katolickim” (www.przk.pl).