Wiara nie była w stanie zatrzymać ręki ks. Georga Ratzingera, którą do bicia wychowanków podnosiła kultura. Tę rękę powstrzymały skutecznie dopiero nowe przepisy.

Zasmuciłem się bardzo, przeczytawszy wywiad z ks. Georgiem Ratzingerem, który mówi o przyczynach policzkowania chórzystów poddanych jego opiece.

Wywiad ten pojawił się na fali wyjaśniania przypadków molestowania seksualnego w Niemczech. Oskarżenia dotyczą także chóru Regensburger Domspatzen, którym brat papieża kierował od roku 1964. Problemy zaczęły się jeszcze przed objęciem chóru przez ks. Ratzingera, ale trwały także za jego kadencji. Nie to jest jednak dla mnie najważniejsze w tym wywiadzie dla „Passauer Neue Presse”.

Nie każdy czytał ten materiał. Można go w całości znaleźć tutaj. Poniżej najważniejsze fragmenty:

„Oprócz wykorzystywania seksualnego chodzi także o dawne wychowanie przez bicie w szkołach katolickich. […] Wymierzenie policzka było wówczas przede wszystkim bezpośrednio nasuwającą się reakcją na brak wyników lub błąd. Gwałtowność reakcji była różna – w zależności od charakteru przełożonego. Jedna osoba reagowała ostrzej, inna trochę mniej srogo, a inni byli zupełnie niewrażliwi i ujawniali nawet pewne nieokrzesanie. Czasami dużą rolę odgrywała nerwowość, jeżeli było wiele dzieci naraz. […] Nie znałem rozmiaru tych opartych na przemocy metod dyrektora M. Gdybym wiedział, z jaką przesadną gwałtownością postępował, to coś bym powiedział. Naturalnie, dzisiaj jest to potępiane tym bardziej, że wszyscy stali się wrażliwsi. Także i ja to czynię. Jednocześnie proszę ofiary o wybaczenie.

[…] Cieszyłem się na każdą próbę. Ale często też wychodziłem z nich w złym nastroju, bo nie udawało mi się wykonać do końca tego, co chciałem. I na początku też wielokrotnie wymierzałem policzki, ale zawsze miałem wyrzuty sumienia. Byłem bardzo zadowolony, kiedy w roku 1980 ustawodawca zakazał kar fizycznych. Zawsze ściśle się tego trzymałem i czułem ulgę. Wcześniej wymierzenie policzka było sposobem reagowania na uchybienia lub świadomą odmowę wykonania zadania. Dobrze, że rezygnacja z policzkowania stała się powszechnym przekonaniem”.

Jakże smutne jest zestawienie bezradnych wyrzutów sumienia odczuwanych przy policzkowaniu chłopców z poczuciem ulgi, że wreszcie zabroniono takich metod wychowania

Jakże smutne jest zestawienie bezradnych wyrzutów sumienia odczuwanych przy policzkowaniu chłopców z poczuciem ulgi, że wreszcie zabroniono takich metod wychowania. Oto wrażliwy człowiek, głęboko wierzący, miłośnik pięknej muzyki. Kultura (tradycyjna surowość metod wychowawczych, wieloletni zapewne obyczaj w chórze) podpowiada mu, że odpowiedzią na brak postępów czy błąd młodego chórzysty ma być policzkowanie go. Wiara mówi mu, że tak czynić nie należy, bo to narusza godność człowieka. Ma więc wyrzuty sumienia. To jednak za mało, aby zaprzestać tej praktyki. Do tego, aby porzucić policzkowanie jako metodę wychowawczą, niezbędna jest dopiero zmiana prawa! Wiara nie wystarczała. Sama wiara nie była w stanie zatrzymać ręki, którą do bicia podnosiła kultura. Tę rękę powstrzymały skutecznie dopiero nowe przepisy.

Zasmuciłem się tym bardziej, że przed kilkoma dniami na Zjeździe Gnieźnieńskim usłyszałem gwałtowne wypowiedzi kilku zapalczywych dyskutantów, którzy – po dyskusji o przemocy w rodzinie – z dumą opowiadali o tym, jak bili swoje dzieci. Bez bicia przecież dziecka nie da się wychować. Jak nie ma dzieciak rozumu w głowie, tylko w tyłku, to trzeba mu przemówić przez tyłek. Może wtedy rozum trafi na właściwe miejsce… Jeden mężczyzna mówił wręcz o czymś, czego nie można nazwać inaczej niż katowaniem: o wymierzaniu synowi kary stu pasów „tak, żeby aż sine było widać”… A wszystko to w imię Jezusa Chrystusa – z trzech wypowiadających się tak osób dwaj panowie powoływali się na wieloletnią formację we wspólnocie neokatechumenalnej.

Ks. Georg Ratzinger miał wyrzuty sumienia, gdy policzkował. Ci panowie ich nie mieli, bo z zapałem wyrażali swoje pseudopedagogiczne przekonania w polemice z panelistami, którzy uznali przemoc w relacjach rodzinnych za niedopuszczalną. Dyrektor ratyzbońskiego chóru potrzebował zmiany przepisów prawnych do zmiany swego postępowania. Dyskutantom, których słyszałem w Gnieźnie, wyraźnie przydałby się jeszcze ktoś (biskup? proboszcz? katechista we wspólnocie?), kto pozwoliłby im oczami wiary zobaczyć w swoim rodzonym dziecku oblicze Boga.

PS. Rzecz jasna, nie było to najważniejsze wydarzenie Zjazdu Gnieźnieńskiego. Zjazd bowiem przyjął założenie, że – jak powiedziano w przesłaniu końcowym – „naszą odpowiedzią na kryzys rodziny jest próba ukazania jej pozytywnej wizji – poprzez świadectwo, refleksję i działanie”. Więcej na stronie zjazdowej.

A jeszcze więcej na stronie e-KAI.