Gdy miałem dziewięć lat, zamieszkałem naprzeciwko domu, w którym – jak się dowiedziałem dopiero po wielu, wielu latach – do dziesiątego roku życia mieszkała Irenka Krzyżanowska. To nie kto inny, tylko Irena Sendlerowa.

Mieszkając naprzeciwko jej domu, grając w piłkę na terenie, na którym jej ojciec prowadził sanatorium przeciwgruźlicze, biegając pomiędzy otwockimi sosnami, między którymi i ona musiała biegać – nic o niej nie wiedziałem. Jej nazwisko nic mi nie mówiło nawet dużo później, gdy byłem już dorosłym i (niby)wykształconym człowiekiem…

Do niedawna nic nie wiedziałem także o jej wspaniałym ojcu – Stanisławie Krzyżanowskim, polskim socjaliście, lekarzu, leczącym za darmo żydowską biedotę, której nie chcieli leczyć nawet otwoccy lekarze żydowscy. Zaraził się tyfusem od swoich pacjentów i zmarł w 1917 roku. Do wdowy przyszła wówczas delegacja z otwockiej gminy żydowskiej i zaproponowała ufundowanie stypendium na dalszą edukację 7-letniej Irenki. Janina Krzyżanowska uznała jednak, że taka pomoc nie będzie konieczna. Trzy lata później pani Krzyżanowska wraz z Irenką opuściły Otwock.

Irena Sendlerowa

Wielu rzeczy nie wiedziałem… Że w ogóle Otwock był miastem zamieszkanym w większości przez Żydów; że wcześniej od urodzenia mieszkałem w sercu dawnej otwockiej dzielnicy żydowskiej; że w naszym pierwszym mieszkaniu musiał być jakiś sklep lub warsztat rzemieślnika, bo na parterze były drzwi wejściowe prosto z ulicy; że proboszcz parafii, w której zostałem ochrzczony, ukrywał w czasie wojny Żydów i wystawiał im fałszywe metryki; że po latach okaże się, iż 40 osób związanych z Otwockiem (łącznie z tym proboszczem) zostało odznaczonych medalem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Moi rodzice sprowadzili się tu rok przed moim urodzeniem, nie znali historii i nie interesowali się nią. W mieście temat żydowskiej przeszłości pomijany był milczeniem.

Wyrastałem w środowisku wyłącznie polskim i niemal wyłącznie katolickim. W szkole nie uczono mnie o Polsce jagiellońskiej. Komunistyczna propaganda umiejętnie wykorzystywała wówczas wątki narodowe w rozumieniu wąskim, etnicznym. Wydawało mi się, że tak świat powinien być urządzony: jeden naród-jedno państwo. Może nawet najlepiej jeszcze jedna religia? Dopiero później, dzięki wielu ludziom i lekturom, stopniowo odkrywałem inne – dużo bogatsze i głębsze – rozumienie polskości, pozytywną wartość pluralizmu, katolicyzm jako wezwanie do otwartości.

Dziś jednym z moich ulubionych cytatów z Jana Pawła II jest fragment z książki „Pamięć i tożsamość”, gdzie Papież napisał: polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie. Wydaje się jednak, że ten „jagielloński” wymiar polskości, o którym wspominałem, przestał być, niestety, w naszych czasach czymś oczywistym. To Jan Paweł otworzył mi oczy na to, że kto spotyka Jezusa Chrystusa, spotyka judaizm.

Może jednak wśród czynników, które sprawiły, że mogłem spojrzeć na świat inaczej, jest także – pomimo mojej ignorancji – otwocki genius loci: ten dom naprzeciwko, te sosny, ten proboszcz…?

Całuję dzisiaj ponownie dłonie Pani Ireny – tak jak na tym zdjęciu z września 2006 r., wykonanym przez Jolantę Barańską, prezes Towarzystwa Przyjaciół Otwocka i wielką przyjaciółkę Ireny Sendlerowej (to dzięki pani Joli mogłem osobiście spotkać tę wielką Bohaterkę, o której tak długo nic nie wiedziałem).

Pani Ireno! Chcę Pani powiedzieć, że społecznicy nie wymarli, że także w Otwocku pamięta się dziś o współobywatelach Żydach, że za miesiąc wreszcie odbędzie się w naszym mieście oficjalna ceremonia związana z pośmiertnym przyznaniem Pani honorowego obywatelstwa, że niedawno uczniowie jednej z otwockich szkół sami wybrali Panią na swoją patronkę. Od Pani będą się uczyć, że bohaterstwo składa się z wielu niepozornych prostych czynności. Byleby tylko umieć codziennie wybierać dobro…

PS.
Msza święta w setną rocznicę urodzin Ireny Sendlerowej zostanie odprawiona w poniedziałek 15 lutego, o godz. 17.30, w warszawskim kościele św. Karola Boromeusza (Stare Powązki).