Ogromna większość faktów opisanych przez Grossa miała miejsce i były one jedną z najciemniejszych kart naszej historii. Tyle tylko, że dla ich zrozumienia nie trzeba przyjmować skrajnej optyki autora „Strachu”.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2-3/2008.

W „Sąsiadach”, wydanych w 2000 r., Jan Tomasz Gross opisywał mord na Żydach dokonany w lipcu 1941 r. przez polskich mieszkańców Jedwabnego, niewielkiego miasteczka na północno-wschodnim skraju Mazowsza. Tamtą książką zapoczątkował jedną z najważniejszych debat publicznych w Polsce po 1989 roku. Podała ona w wątpliwość powszechnie akceptowany obraz nie tylko stosunków polsko-żydowskich, ale do pewnego stopnia także całej naszej dwudziestowiecznej historii, oparty na dwóch filarach: heroizmie i cierpieniach doznanych z rąk innych narodów. Niewiele można wskazać książek, które odegrały tak wielką rolę i wywołały tak silne reakcje. Konserwatywni intelektualiści formułujący ideowe założenia „polityki historycznej” wprost nawiązywali do dyskusji wokół Jedwabnego, która miała doprowadzić do niebezpiecznego zachwiania proporcji, ponad miarę wzmacniając nurt „patriotyzmu krytycznego”, koncentrującego się na rozpamiętywaniu polskich win.

W swojej kolejnej książce, „Strach”, Gross kontynuuje ten sam wątek – antysemityzmu, który prowadził do zbrodni na Żydach, tym razem w okresie powojennym, w latach 1944-1946. Opisuje wrogość, z jaką spotykali się ocaleni z Holokaustu, zabójstwa (szacuje się, że ich ofiarą padło od 600 do 3000 polskich Żydów[1]) i pogromy, z tym największym i najstraszniejszym w Kielcach. Cytowane przez Grossa wspomnienia czy urzędowe dokumenty tworzą obraz przygnębiający i trudny do zakwestionowania. Jednakże w przeciwieństwie do „Sąsiadów”, którzy opowiadali o zdarzeniach nieznanych nie tylko szerokiej opinii publicznej, ale i historykom, nowa książka nie przynosi żadnych nowych ustaleń – fakty i źródła historyczne przytaczane przez Grossa były znane badaczom i opisywane w wielu książkach wydanych w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Przynajmniej część z nich – przede wszystkim sam pogrom kielecki – nie jest niczym nowym także dla tych wszystkich, którzy mają jakieś pojęcie o historii Polski.

Na czym więc polega wyjątkowość „Strachu”? Z jednej strony na radykalizmie interpretacji i ostrości stosowanego przez autora języka, z drugiej – na swego rodzaju jednowymiarowości opisu. Wyłącza on antysemityzm i zbrodnie na Żydach z kontekstu historycznego, nie wiąże z innymi procesami, które zachodziły wówczas w Polsce i miały istotne znaczenie – bynajmniej nie dla usprawiedliwiania czegokolwiek, ale dla zrozumienia przyczyn i tła antyżydowskich zachowań.

Esej czy pamflet

Po kolei jednak: najpierw o interpretacjach i języku. Trudno się oprzeć wrażeniu, że autor „Strachu” świadomie wyostrza swoje tezy, formułuje je w brutalny sposób, używa prowokacyjnego języka, bo inaczej nie wywołałyby należytego odzewu, nie wstrząsnęły sumieniami, tak jak udało się to z pomocą wydanych kilka lat wcześniej „Sąsiadów”.

I rzeczywiście, tak jak Gross w polskiej historiografii czy nawet publicystyce o postawach Polaków wobec Żydów do tej pory nie pisano. Mówi o „czystce etnicznej – podejmowanej spontanicznie, niezależnie w poszczególnych miastach i miasteczkach, wszędzie tam, gdzie Żydzi ocaleli z Zagłady”, o tym, że mordowanie Żydów było „aktem mieszczącym się normach akceptowanego zachowania. Zabijanie Żydów po wojnie w Polsce nie było traktowane jako zbrodnia, lecz raczej jako forma społecznej kontroli w obronie wspólnych interesów. Zabójcy Żydów nie podlegali ostracyzmowi ze strony społeczności lokalnej”. Te wspólne interesy to przede wszystkim zachowanie mienia żydowskiego, w którego posiadanie Polacy weszli w czasie wojny, a o które upominali się powracający do swych miejscowości ocaleni z Holokaustu; to także lęk przed ujawnieniem niegodnych zachowań z okresu okupacji. Jednym z filarów rozumowania Grossa jest bowiem ocena, że polskie społeczeństwo w swojej masie nie tylko biernie i obojętnie patrzyło na Zagładę, ale „na różne sposoby włączyło się w eksploatację swych współobywateli Żydów”.

Tytułowy „strach” nie jest jednak tylko lękiem związanym z konkretnymi konsekwencjami „powrotu” Żydów, ale ma sens moralny, a nawet metafizyczny – jest strachem przed przemocą i zbrodnią, którymi naznaczona została polska wspólnota uczestnicząca w Zagładzie Żydów albo przynajmniej na różne sposoby z niej korzystająca. Gross nie pozostawia żadnych niedopowiedzeń, jaki nurt polskiej duchowości jest najbardziej odpowiedzialny za dokonane zbrodnie: „udział Polaków-katolików w prześladowaniu i mordowaniu współobywateli Żydów był zjawiskiem rozpowszechnionym na terenie całego kraju. […] Ze względu na autorytet moralny reprezentowanej przez nich instytucji duchowni, którzy nie głosili wówczas w Polsce – kiedy za oknami plebanii odbywała się krwawa rzeź – że do każdego Żyda stosują się słowa ecce homo, stawiali Kościół katolicki w roli kolaboranta przez zaniechanie”.

Trudno racjonalnie polemizować z tak daleko idącymi stwierdzeniami, wyrażonymi tak ostrym, kategorycznym językiem. Można je przyjąć lub odrzucić, bo przecież dyskusja nie dotyczy faktów – te są znane i na ogół niekwestionowane – ale ich interpretowania i prawa do formułowania na ich podstawie tak mocnych oskarżeń. Znacznie bardziej odpowiadał mi sposób, w jaki na te same tematy pisały Krystyna Kersten, która jako pierwsza na początku lat dziewięćdziesiątych próbowała wyjaśniać najtrudniejsze sprawy z polsko-żydowskiej historii lat czterdziestych, Bożena Szaynok, zajmująca się pogromem kieleckim, czy Anna Cichopek, rekonstruująca pogrom w Krakowie, do którego doszło w sierpniu 1945 roku[2]. Żadna z tych autorek nie cofała się przed opisywaniem najbardziej drastycznych faktów – tych samych, które analizuje teraz autor „Strachu”. Czyniły to jednak w sposób rzeczowy, unikając pochopnych generalizacji. Ich celem było wyjaśnianie, a nie oskarżanie. Gross, przyjmując tak emocjonalny i prokuratorski sposób pisania, bardzo często przechodzi od historycznego eseju do pamfletu, który ma służyć zupełnie współczesnym, ideowym porachunkom. Bo w końcu jakiemu innemu celowi może służyć stworzenie neologizmu, który w książce używany jest wielokrotnie i – jak można sądzić – z lubością: „katoendencji”, czyli katolików o „narodowych” poglądach, którzy mają być głównym nosicielem polskiego antysemityzmu.

Autor „Strachu” świadomie wyostrza swoje tezy, używa prowokacyjnego języka, bo inaczej nie wywołałyby należytego odzewu. Tak jak Gross w polskiej historiografii czy nawet publicystyce o postawach Polaków wobec Żydów do tej pory nie pisano

Używany przez Grossa język, jak również stosowane przez niego porównania, budzą sprzeciw także w wielu innych sytuacjach. Trudno ze spokojem czytać, że „w dwudziestym wieku mieliśmy do czynienia w Polsce z dwoma procesami przywłaszczania na masową skalę cudzej własności – po wypędzeniu ludności niemieckiej i po wymordowaniu Żydów”. Takie stwierdzenie jest jednak tylko logiczną konsekwencją przyjętej przez Grossa wizji, według której Polacy dokonali tuż po wojnie „czystki etnicznej”, której ofiarami padli nie tylko Żydzi, ale Niemcy i Ukraińcy.

Interesujące skądinąd, na jakiej podstawie autor „Strachu” twierdzi, że przesiedlenia ludności niemieckiej i ukraińskiej „pochłonęły paręset tysięcy ofiar śmiertelnych”. W przypadku Niemców przyjmuje się w historiografii, że mogło rzeczywiście stracić życie nawet kilkaset tysięcy ludzi, ale w odniesieniu do całej Europy Środkowej i Wschodniej, a przy tym przeważająca ich część to ofiary ucieczek i chaotycznej ewakuacji przed nadciągającą Armią Czerwoną, z czym polskie władze ani ludność nie miały nic wspólnego[3]. Jeżeli zaś chodzi o wysiedlenia Ukraińców, czyli „Akcję Wisła”, to liczba śmiertelnych ofiar według badań historyków nie przekraczała dwustu osób, wliczając w to zarówno zmarłych w trakcie transportów, jak i w obozie w Jaworznie[4]. Warto zachować precyzję, gdy mówi się o tak drastycznych sprawach.

Gross wielokrotnie pisze o „wyzwoleniu” Polski w latach 1944/1945, o tym, że Lublin był już „wolnym miastem”, gdy w sierpniu 1944 r. ocalałych Żydów zaczęły tam spotykać szykany ze strony polskiej ludności. Na poziomie semantycznym jest to przejawem utożsamienia się przez autora „Strachu” z optyką wyłącznie ludności żydowskiej, dla której wkroczenie Armii Czerwonej w sposób oczywisty i bezdyskusyjny przynosiło nie tylko wyzwolenie, ale po prostu ratunek przed śmiercią. Dla przeważającej części polskiego społeczeństwa był to jednak początek nowego zniewolenia, terroru, czego najbardziej namacalnym wyrazem były aresztowania, wywózki i egzekucje akowców. W tym „wolnym” Lublinie już w sierpniu 1944 r. na Zamku, w dawnej katowni gestapo, działało więzienie NKWD. Można powiedzieć, że to dobrze znane i oczywiste, a jednak tak ostentacyjne pominięcie polskiej wrażliwości sprawia, że niektóre sformułowania stają się jeszcze bardziej kontrowersyjne. Swoją drogą, w amerykańskim wydaniu „Strachu” Gross cały pierwszy, obszerny rozdział poświęcił losom Polski w drugiej wojnie światowej, dzięki czemu obraz lat czterdziestych jest w nim bardziej zrównoważony i wielowątkowy. Polskie wydanie zaczyna się od tego, jak Polacy, gdy tylko odeszli Niemcy, ochoczo zabierają się do szykanowania i mordowania ocalałych Żydów.

Zupełnie natomiast niewybaczalne jest używanie obraźliwych sformułowań ukutych przez komunistyczną propagandę. Gross pisze, że „banda Ognia” w maju 1946 r. zamordowała w okolicy Krościenka jedenastu Żydów jadących autobusem w kierunku czechosłowackiej granicy. Sprzeciw budzi samo słowo „banda” (wydawało się, że w Polsce po 1989 r. nie będzie się już go spotykało w poważnych publikacjach), ale także to, że autor „Strachu” nie zapoznał się z ustaleniami historyków badających działalność podziemia antykomunistycznego na Podhalu. Wynika z nich, że w mordzie na Żydach prawdopodobnie uczestniczyło kilku partyzantów z oddziału „Ognia”, ale nie odbywało się to na polecenie ani za wiedzą ich dowódcy, Józefa Kurasia.

Gross cytuje „pamiętnik” Kurasia, w którym dowódca partyzanckiego oddziału miał tak oto skomentować przeprowadzoną akcję: „Witaj majowa jutrzenko! W nocy samochód z Żydami. Mieli być przeprowadzeni przez granicę. Przed Krościenkiem do rowów. Salci krzyczy: Panie Ogień, taką nieładną demokrację pan robi. Ucięto język”. Tyle tylko, że już od dawna wiadomo – pisał o tym m.in. Maciej Korkuć – że wypowiedź ta pochodzi nie z pamiętnika Kurasia, ale falsyfikatu dokonanego przez partyjnego krakowskiego literata Władysława Machejka. Była ona zamieszczona w powieści „Rano przeszedł huragan”, wydanej kilkanaście razy w masowych nakładach w PRL, przedstawiającej oddział „Ognia” jako „bandę” zbrodniczych zwyrodnialców i antysemitów[5]. Tak tendencyjny stosunek do źródeł historycznych (a może tylko dezynwoltura?) to najlepszy prezent ze strony autora „Strachu” dla tych wszystkich, którzy będą chcieli odrzucić en bloc twierdzenia Grossa na temat polskiego antysemityzmu, zasługujące z pewnością na rzetelny namysł.

Nie tylko Żydzi, nie tylko antysemityzm

Największe wątpliwości, oprócz skrajnych interpretacji i radykalnego języka, budzi sposób, w jaki w „Strachu” potraktowane zostało tło historyczne, a więc to wszystko, co nie łączy się bezpośrednio z antysemityzmem. Gross opisuje prawdziwe przypadki mordów na Żydach, ma też rację, gdy twierdzi, że żydowskie życie miało niewielką wartość, że łatwo je odbierano. Nie pisze jednak, że w czasie wojny i tuż po jej zakończeniu w ogóle ludzkie życie mniej znaczyło niż w czasach pokoju i stabilizacji, gdy prawo i normy cywilizacyjne trzymają na uwięzi najgorsze ludzkie odruchy. W latach 1944-1946 przemoc i zbrodnia były elementem codzienności nie tylko w odniesieniu do Żydów. UB, KBW i NKWD przeprowadzały okrutne pacyfikacje całych wsi wspierających podziemie niepodległościowe, „chłopcy z lasu” bez wahania likwidowali tych, których uważali za popleczników komunistycznej władzy. W południowo-wschodniej części kraju toczyły się krwawe walki polsko-ukraińskie, w których żadna ze stron nie przebierała w środkach. W marcu 1945 r. tylko w ciągu jednego dnia w Pawłokomie poakowski oddział partyzancki zabił ponad trzystu Ukraińców, w tym kobiety i dzieci. W tym samym miesiącu UPA zamordowała kilkuset mieszkańców dwóch polskich miejscowości: Wiązownicy i Borownicy[6].

Odrębnym problemem był bandytyzm, rozpleniony w skali niewyobrażalnej z dzisiejszej perspektywy, któremu sprzyjały zarówno łatwy dostęp do broni, jak i załamanie się struktur społecznych i państwowych w warunkach wojny, przemieszczającego się frontu i faktycznej próżni władzy na wielu terenach. Wiele zabójstw na Żydach (prawdopodobnie także to wspomniane, w okolicach Krościenka) miało charakter rabunkowy. Sprzyjało im przekonanie, że ocaleni Żydzi dysponują pieniędzmi, złotem, biżuterią. Jak pisał Rafał Wnuk analizujący sytuację na Lubelszczyźnie, „Żydzi, szczególnie ci szykujący się do emigracji, wyprzedawali posiadany majątek i gromadzili kosztowności i dolary. Stanowili więc wyjątkowo atrakcyjny cel grabieży”[7]. Podobne były powody napadów na ludzi, którzy w czasie wojny ukrywali Żydów – przez Grossa przedstawiane tylko jako przejaw antysemityzmu – a także zatajanie przez nich samych tego faktu w obawie przed reakcją otoczenia. Według rozpowszechnionego przekonania, Polacy pomagający Żydom otrzymywali za to wynagrodzenie, a stąd już prosta droga do rabunku.

Autor „Strachu” przytacza bardzo ciekawe relacje na temat wsi Malawicze, zebrane i opublikowane przez Alinę Całą w pracy „Wizerunek Żyda w polskiej kulturze ludowej”. Wynika z nich, że tajemnicą pilnie strzeżoną przez jej mieszkańców było to, że w czasie wojny ukrywali żydowskiego chłopca. Dla Grossa jest to tylko dowodem na antysemityzm otoczenia. Nie skomentuje nawet przytaczanych przez siebie fragmentów relacji, z których rysuje się inny obraz: „Odpowiedzialność za jego [żydowskiego chłopca – PM] przetrwanie wzięła na siebie cała wieś […]. Sołtys uprzedzał, gdy groziła wizyta Niemców stacjonujących w miejscowej szkole. Dzięki zbiorowemu wysiłkowi chłopiec wojnę przeżył”. Takie zbiorowe ukrywanie żydowskiego dziecka przez sąsiedzką wspólnotę trudno pogodzić z kluczowymi tezami zarówno „Strachu”, jak i poprzednich książek Grossa, „Upiornej dekady” i „Sąsiadów”, że jeżeli udzielano pomocy Żydom, to wbrew powszechnemu antysemityzmowi polskiego otoczenia, które w praktyce często mogło stanowić większe zagrożenie niż słabo znający teren okupanci.

W wielu przypadkach motywy mordów dokonywanych na Żydach były z pewnością przemieszane, antysemityzm sąsiadował ze zwykłą chęcią rabunku – pisanie tylko o tym pierwszym zniekształca więc rzeczywisty obraz wydarzeń. Często po prostu nie wiemy, co się dokładnie stało, kto i dlaczego zabijał.

Przykładem może być Kańczuga – niewielka miejscowość na Podkarpaciu, gdzie w Wielkanoc 1945 r. zamordowano siedmioro Żydów. Mimo kwerendy prowadzonej w archiwach przez historyków, udało się odnaleźć tylko lakoniczną wzmiankę w raporcie Milicji Obywatelskiej, z której wynika, że mordu dokonało kilkunastu uzbrojonych ludzi, którzy wkroczyli do Kańczugi wieczorem 31 marca. Motywów zbrodni i żadnych tropów prowadzących do sprawców nie ustalił także dziennikarz „Gazety Wyborczej”, który kilka lat temu usiłował rozwikłać tajemnicę i rozmawiał z mieszkańcami. W relacjach niektórych (a także w dokumentach podziemia) jeden z zabitych Żydów przedstawiany był jako konfident, a może nawet funkcjonariusz NKWD[8]. Ale dlaczego zabito pozostałych? Dwaj historycy, najlepsi znawcy dziejów podziemia antykomunistycznego w tym rejonie, nie wiedzą nic o żadnym oddziale, który mógł wtedy przebywać w okolicy[9]. Jedynym znanym i strasznym faktem jest to, że zamordowano siedmioro Żydów. Ale jak należy go interpretować? Jako akcję podziemia, bandycki mord, przejaw jakichś lokalnych porachunków (tak spekuluje jeden z historyków) czy chęci usunięcia świadków wiedzących coś o zdarzeniach z okresu okupacji niemieckiej? Czy należy z tego mordu wysnuwać wniosek, że lokalna ludność miała nastawienie antysemickie? Tak, ale tylko wtedy, gdy byłyby dowody na jej współudział w zbrodni. W dodatku w tym samym reportażu pojawiają się informacje, że w okolicy w czasie wojny ukrywano Żydów, a nawet trzy rodziny zostały uznane za „Sprawiedliwych wśród narodów świata”.

Stereotyp kontra stereotyp

Niedosyt pozostawia także sposób, w jaki Gross odnosi się do powszechnego wówczas wśród Polaków stereotypu „żydokomuny”, czyli przekonania, że Żydzi są filarem komunistycznej władzy, która służy ich interesom. Autor „Strachu” słusznie zauważa, że nawet jeżeli istniała nadreprezentacja Żydów w aparacie bezpieczeństwa (zwłaszcza w centrali na szczeblu kierowniczym, gdzie – według ustaleń Andrzeja Paczkowskiego – było ich w latach 1944-1945 około 25%[10]), to żadne fakty nie uzasadniają przekonania, że to komuniści żydowskiego pochodzenia w jakimkolwiek wymiarze odegrali kluczową rolę w budowaniu systemu komunistycznego czy represjach wobec polskiego społeczeństwa. Stereotyp ma jednak to do siebie, że nie opiera się na statystycznych danych czy racjonalnej analizie rzeczywistości, ale na ogół wykorzystuje zjawiska o charakterze symbolicznym, nawet jeżeli są one jednostkowe. Jak podaje Bożena Szaynok, kilka ważnych stanowisk w kieleckim UB było obsadzonych przez funkcjonariuszy narodowości żydowskiej, co miało wpływ na nastroje polskiej ludności[11].

Stereotyp „żydokomuny” żywił się zresztą nie tylko udziałem Żydów w oficjalnych instytucjach i aparacie represji, ale także politycznym i propagandowym wsparciem udzielanym nowej władzy przez organizacje żydowskie. W lutym 1945 r. Centralny Komitet Żydów w Polsce, najważniejsza żydowska organizacja, w swojej odezwie, zatytułowanej „Cała Polska niemal już wolna”, głosił: „Uratowana ludność żydowska nigdy nie zapomni […] zbrodniarzy spod znaku NSZ i AK, którzy wysługując się bandytom hitlerowskim, brali czynny udział w mordowaniu bezbronnej ludności żydowskiej”[12]. Niebezpieczeństwo wiążące się z taką retoryką i sposobem traktowania tego, co najświętsze dla Polaków, dostrzegali wówczas także ludzie o poglądach lewicowych, dalecy od antysemityzmu. „Jak można opluwając i depcząc powstanie warszawskie jednocześnie oblepić całą Warszawę plakatami «Cześć powstańcom w getcie»” – zapisała Maria Dąbrowska w swoim „Dzienniku” w czerwcu 1945 roku[13].

Z punktu widzenia Żydów komuniści zapewniali – a przynajmniej tak się wydawało tuż po wojnie – ochronę przed polskim antysemityzmem, a także zapowiadali budowę świata bez dyskryminacji rasowej. Jednak dla większości Polaków deklaracje takie jak cytowana wyżej były jawnym przystąpieniem środowisk żydowskich do obozu nowych okupantów. Jak pisała Krystyna Kersten, „mit AK-owców morderców Żydów stanowił odpowiednik mitu Żydów w UB-morderców Polaków”. Jedno z najtragiczniejszych zapętleń tamtego czasu polegało na tym, że znacząca część sił przeciwstawiających się komunistom utożsamiała ich z Żydami, zaś z drugiej strony PPR-owska propaganda tworzyła zbitkę, w której swoich przeciwników identyfikowała z antysemityzmem. Po każdym większym wystąpieniu antyżydowskim, włącznie z pogromami w Krakowie i Kielcach, oficjalna propaganda odpowiedzialnością obarczała „reakcję”, podziemie, rząd w Londynie, a nawet Polskie Stronnictwo Ludowe. Organizacje żydowskie wpisywały się w ten schemat poprzez dziesiątki wydawanych oświadczeń.

W wielu przypadkach motywy mordów dokonywanych na Żydach były z pewnością przemieszane, antysemityzm sąsiadował ze zwykłą chęcią rabunku – pisanie tylko o tym pierwszym zniekształca rzeczywisty obraz wydarzeń

Niechęć do uczestniczenia w tym propagandowym kłamstwie była jedną z głównych przyczyn powściągliwości polskich biskupów, którzy nie chcieli po pogromie kieleckim wprost potępić zbrodni na Żydach, a ograniczali się do przypominania chrześcijańskiej miłości bliźniego i napiętnowania przemocy, według Grossa – zaledwie „ogólników”.

Warto jednak pamiętać, że biskupi nie mogli też otwarcie potępić zbrodni dokonywanych wówczas w całym kraju na członkach niepodległościowej konspiracji czy nawet legalnie działających ugrupowań. W grę wchodził też lęk przed zupełnie dosłowną manipulacją, której ofiarą padł biskup częstochowski Teodor Kubina. W prasie kontrolowanej przez PPR sfałszowano fragmenty jego odezwy. Ordynariusz częstochowski pisał o „pogwałceniu chrześcijańskiego przykazania miłości bliźniego”, zaś w wersji opublikowanej znalazły się słowa współbrzmiące z głównymi motywami komunistycznej propagandy: „Ogół społeczeństwa musi dzisiaj już wyraźnie powiedzieć, że dalszych zbrodni i walk bratobójczych nie chce i obce mu są intencje i cele tych nieodpowiedzialnych czynników politycznych, które stwarzają podatny grunt dla mordów, ekscesów i zamieszek w kraju. Czynnikom tym przeciwstawi wszystkie rozporządzalne siły dla obrony ładu wewnętrznego w państwie, dla obrony życia współobywateli i rozpoczętego dzieła odbudowy Ojczyzny”[14]. Autor „Strachu” nic o tym nie wspomina, a krytyczny stosunek wobec wystąpienia biskupa Kubiny ze strony innych członków episkopatu wiąże przede wszystkim z niechęcią do Żydów.

Dla Grossa dowodem antysemityzmu są także strajki łódzkich robotników, którzy protestowali w ten sposób przeciwko podanym w prasie informacjom, że na masówkach w ich fabrykach uchwalono rezolucje potępiające inspiratorów pogromu, czyli „polską reakcję”. Autorowi nie przychodzi do głowy, że powodem była nie tylko niechęć do Żydów, ale także odrzucenie propagandowych manipulacji komunistów[15]. Jest to jednak nieuchronną konsekwencją jednowymiarowego opisu ówczesnej bardzo złożonej i dramatycznej sytuacji historycznej, gdy chce się ją opisywać wyłącznie poprzez pryzmat antysemityzmu.

Wiele przyczyn

Te wszystkie uwagi krytyczne nie mają służyć odrzuceniu obrazu antyżydowskich nastrojów i zachowań w Polsce lat czterdziestych. Ogromna większość faktów opisanych przez Jana Tomasza Grossa rzeczywiście miała miejsce i były one bez wątpienia jedną z najciemniejszych kart polskiej dwudziestowiecznej historii. Tyle tylko, że dla ich zrozumienia nie trzeba przyjmować skrajnej optyki autora „Strachu”, według której polskie społeczeństwo w czasie wojny współuczestniczyło w Holokauście, a następnie – już po odejściu Niemców – dokończyło zapoczątkowaną przez nich radykalną czystkę etniczną. Dla opisania przyczyn i mechanizmów tego, co się wówczas wydarzyło, wystarczające i znacznie trafniejsze są interpretacje, które wypracowała polska historiografia ostatnich kilkunastu lat. Nie wskazują one jednej przyczyny, ale raczej sprzężenie szeregu czynników.

Z jednej strony był to tradycyjny antyjudaizm chrześcijański. Trzy największe pogromy – w Rzeszowie, Krakowie i Kielcach – rozpoczęły się od pogłosek o mordzie rytualnym, którego ofiarą miały paść polskie dzieci. Do zajść antyżydowskich na tym samym tle dochodziło też w innych miejscowościach (Częstochowie, Kaliszu, Lublinie, Legnicy, Płocku), o których Gross nie wspomina. Opisuje je Marcin Zaremba, który podatność społeczeństwa na uleganie takim pogłoskom wiąże z warunkami okresu bezpośrednio powojennego: pauperyzacją, rozpadem więzi społecznych, zdziesiątkowaniem przez wojnę i powojenne migracje zwłaszcza inteligencji i elit społecznych, ale przede wszystkim tkwiących w ludziach strachem przed najróżniejszymi klęskami, które mogą ich dotknąć. Prowadziło to do zaniku krytycznego, racjonalnego podejścia do rzeczywistości i rozszerzania się myślenia w kategoriach magicznych. Jego częścią było przyjmowanie mitu mordu rytualnego, obecnego w ludowej kulturze, który pozwalał oswoić groźną rzeczywistość i własne dramaty[16].

Jan Tomasz Gross, „Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści”, Znak, Kraków 2008

Jan Tomasz Gross, „Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści”, Znak, Kraków 2008

Z drugiej strony, w postawach społecznych wobec Żydów tuż po wojnie trzeba widzieć kontynuację „nowoczesnego” antysemityzmu lat trzydziestych, kiedy to usunięcie Żydów z życia społecznego i ekonomicznego były elementem programu endecji – najbardziej masowego ruchu politycznego. Wojna nie zerwała ciągłości do tego stopnia, by w społecznym myśleniu znikły efekty antyżydowskiej propagandy, obecnej na łamach wysokonakładowych pism wydawanych przez obóz narodowy (niestety, także niektórych pism katolickich), wielkich akcji bojkotu żydowskiego handlu czy antyżydowskich wystąpień Młodzieży Wszechpolskiej na uczelniach.

Wreszcie ogromne znaczenie miała demoralizacja czasów wojny. Przez pięć lat Polacy przyglądali się niemieckiej polityce odczłowieczającej Żydów, przekonującej, że w stosunku do nich nie obowiązują żadne uznawane dotychczas normy moralne i prawne. Okupacyjna propaganda antysemicka była bardzo silna w prasie gadzinowej (pamiętajmy, że sprzedawała się, mimo napomnień instytucji podziemnych, w masowych nakładach), ulicznych plakatach, organizowanych specjalnie wystawach. O tym wątku Gross prawie nie wspomina, zresztą jest on bardzo słabo obecny w całej dotychczasowej historiografii[17].

Swoje znaczenie miał też lęk przed utratą mienia żydowskiego przejętego w czasie wojny. Na tym tle dochodziło do wystąpień antyżydowskich także na Węgrzech i w Czechosłowacji, chociaż na mniejszą niż w Polsce skalę.

I wreszcie stereotyp „żydokomuny”, który wywierał bardzo silny wpływ na myślenie szerokich kręgów społecznych, nastawionych wrogo wobec nowej władzy. Musimy też pamiętać o czasach, w których to wszystko się działo: okresie z jednej strony niezwykle brutalnej walki politycznej, z drugiej – rozchwiania więzi społecznych, słabości struktur państwowych, rozplenionego pospolitego bandytyzmu i w ogóle znacznie mniejszej wartości życia niż w czasach pokoju.

Mur częściowo naruszony

Dopiero gdy weźmiemy pod uwagę splot tych wszystkich czynników, mamy szansę zbliżać się do trudnej prawdy o stosunku Polaków do Żydów w latach czterdziestych. Wyjaśnienie Jana Tomasza Grossa jest zbyt proste i jednowymiarowe, język przez niego używany nadmiernie ostry i radykalny, naznaczony pasją oskarżycielską widoczną niemal w każdym akapicie.

Zamiast skłaniać do refleksji i rachunku sumienia, jak chciałby autor, ta książka będzie wywoływać u wielu reakcje odrzucenia. Inaczej niż „Sąsiedzi”, którzy mówili o nieznanych wcześniej faktach i wywołali prawdziwy wstrząs, „Strach” takiej roli raczej nie odegra. Także dlatego, że Polacy uczciwy i bolesny rozrachunek ze swoimi postawami wobec Żydów podjęli już kilka lat temu, za sprawą poprzedniej książki Grossa, czego sam jej autor zdaje się nie doceniać.

Można nie w pełni być usatysfakcjonowanym jego dotychczasowymi rezultatami, można wyrażać ubolewanie, że w Jedwabnem w trakcie uroczystości żałobnych w lipcu 2001 r. nie było ani jednego polskiego biskupa, że nie są tylko marginesem życia publicznego ci, którzy nie chcą przyjąć prawdy o zbrodniach popełnionych na Żydach. Nie należy jednak zamykać oczu na to, że wielki rachunek sumienia już się rozpoczął, na temat stosunków polsko-żydowskich powstają kolejne książki, oparte na nowych badaniach naukowych, np. o szmalcownikach[18]. Po debacie na temat Jedwabnego oskarżycielski, brutalny ton „Strachu” niczemu dobremu nie może służyć. Nie ma już potrzeby rozbijać nim muru milczenia i obojętności.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 2-3/2008.


[1] Bożena Szaynok, „Polacy i Żydzi. Lipiec 1944-lipiec 1946”, w: „Wokół pogromu kieleckiego”, red. Łukasz Kamiński, Jan Żaryn, Warszawa, 2006, s. 15.
[2] Krystyna Kersten, „Polacy. Żydzi. Komunizm. Anatomia półprawd 1939-68”, Warszawa 1992; Bożena Szaynok, „Pogrom Żydów w Kielcach 4 lipca 1946”, Wrocław 1992; Anna Cichopek, „Pogrom Żydów w Krakowie 11 sierpnia 1945 r.”, Warszawa 2000.
[3] Bernadetta Nitschke, „Wysiedlenie czy wypędzenie. Ludność niemiecka w Polsce w latach 1945-1949”, Toruń 2001, s. 239-241.
[4] Ł. Kamiński, „Ukraińcy w COP Jaworzno w 1947” r., w: „Obóz dwóch totalitaryzmów. Jaworzno 1943-1956”, t. 1, Jaworzno 2007, s. 75; Grzegorz Motyka, „Tak było w Bieszczadach. Walki polsko-ukraińskie 1943-1948”, Warszawa 1999, s. 411.
[5] Maciej Korkuć, „Niepodległościowe oddziały partyzanckie w Krakowskiem (1944-1947)”, Kraków 2002, s 25.
[6] G. Motyka, dz. cyt., s. 244, 254.
[7] Rafał Wnuk, „Lubelski Okręg AK, DSZ i WiN 1944-1947”, Warszawa 2000, s. 218.
[8] Witold Piecuch, „Wielka noc w Kańczudze”, „Gazeta Wyborcza”, 2-3 marca 2002.
[9] „Przedziwna cisza. Z dr. Zbigniewem Nawrockim i Grzegorzem Ustaszem rozmawia Piotr Lipiński”, „Gazeta Wyborcza”, 2-3 marca 2002.
[10] „Andrzej Paczkowski, „Żydzi w UB: próba weryfikacji stereotypu”, w: „Komunizm. Ideologia, system, ludzie”, red. Tomasz Szarota, Warszawa 2001, s. 197.
[11] B. Szaynok, „Pogrom…”, dz. cyt., s. 27-28.
[12] Cytat za: taż, „Polacy…”, dz. cyt., s. 23.
[13] Maria Dąbrowska, „Dzienniki powojenne 1945-1965”, t. 1, Warszawa 1996, s. 52.
[14] Cytat za: J. Żaryn, „Hierarchia Kościoła katolickiego wobec relacji polsko-żydowskich w latach 1945-1947”, w: „Wokół …”, dz. cyt., s. 99.
[15] Na temat strajków łódzkich robotników zob. Ł. Kamiński, „Polacy wobec nowej rzeczywistości 1944-1948”, Toruń 2000, s. 94-95.
[16] Marcin Zaremba, „Mit mordu rytualnego w powojennej Polsce. Archeologia i hipotezy”, „Kultura i Społeczeństwo” 2007 nr 2, s. 91-135. Skrócona wersja tekstu ukazała się wcześniej w „Więzi” w 2007 r.: „Oni mordują nasze dzieci! Mit mordu rytualnego w powojennej Polsce”, cz. I: „Archeologia”, nr 10, s. 90-109, cz. II: „Hipotezy”, nr 11-12, s. 96-112.
[17] Bardzo ciekawą książkę na temat propagandy hitlerowskiej w Polsce opublikował Tomasz Głowiński („O nowy porządek europejski. Ewolucja hitlerowskiej propagandy politycznej wobec Polaków w Generalnym Gubernatorstwie 1939-1945”, Wrocław 2000), ale jego ustalenia praktycznie nie są wykorzystywane przez badaczy zajmujących się polskim antysemityzmem po wojnie.
[18] Spośród wielu ważnych prac, które się ukazały w ostatnich latach, warto wymienić następujące: Jan Grabowski, „«Ja tego Żyda znam!». Szantażowanie Żydów w Warszawie 1939-1943”, Warszawa 2004; Barbara Engelking, „«Szanowny panie gistapo». Donosy do władz niemieckich w Warszawie i okolicach w latach 1940-1941”, Warszawa 2003. Fundamentalne znaczenie ma obszerne opracowanie Dariusza Libionki „ZWZ-AK i Delegatura Rządu RP wobec eksterminacji Żydów polskich”, a także inne teksty zamieszczone w tomie „Polacy i Żydzi pod okupacją niemiecką 1939-1945. Studia i materiały”, red. Andrzej Żbikowski, Warszawa 2006.