Jeśli chce się naprawdę dążyć do ograniczenia przypadków aborcji, nie można domagać się legalizacji przerywania ciąży. Prawo wpływa bowiem na ludzkie postawy. Nie jest i nie może być jedynym narzędziem ich kształtowania, ale jest narzędziem bardzo potrzebnym. 

Tekst Jana Hartmana „Chrońmy życie poczęte (ale na serio)!” o aborcji warto czytać łącznie z jego poprzednim artykułem „Ucywilizujmy eutanazję” („Gazeta Wyborcza” 3-4 lipca 2004 r.). W obu chodzi bowiem o kwestie życia i śmierci. Autor zdaje sobie sprawę ze zła i aborcji, i eutanazji. Nie usiłuje przekonywać, że są one dobrem. Twierdzi jednak, że czasem są dopuszczalne i dlatego niekiedy powinny być legalne.

Z szacunkiem odnoszę się do deklaracji wykładowcy Collegium Medicum UJ, który za moralnie dopuszczalną uznaje jedynie dyskusję o tym, co robić, aby realnie aborcji było jak najmniej. W pełni utożsamiam się z jego apelami o jak najszerszą pomoc dla kobiet, które wahają się, czy urodzić poczęte już dziecko, i o dalszą przemianę klimatu społecznego wobec niezamężnych kobiet ciężarnych. Cieszyć się można, że autor dostrzega istnienie katolickich ośrodków dla samotnych matek.

Nie przekonuje mnie jednak argumentacja Jana Hartmana w wymiarze prawnym. Nie wiem, skąd bierze się jego głębokie przekonanie, że zakaz aborcji nie służy ograniczeniu tego procederu, lecz jego rozkrzewieniu. Podobnie pisał o eutanazji. Takie stwierdzenia wydają się raczej ideowym przekonaniem niż obiektywnym opisem stanu faktycznego.

Wpływa czy nie wpływa?

Zwolennicy legalizacji aborcji i eutanazji jako czołowy argument wysuwają postulat, że skoro i tak nie da się uniknąć tych praktyk, niech się zatem dokonują w cywilizowanych warunkach. Zgódźmy się jednak, że celem żadnego zakazu w prawie karnym nie jest całkowite wyeliminowanie danego zjawiska. Nikt nie oczekuje, by prawny zakaz gwałtów, morderstw i kradzieży sprawił, że przestępstwa te staną się nieobecne w naszym życiu społecznym. Dlaczego do aborcji i eutanazji stosować inne kryterium?

Hartman zdaje sobie sprawę, że rozprzestrzenianiu się eutanazji sprzyja głównie to, iż ludzie umierający nie są otoczeni miłością i troską. Zamiast jednak zastanawiać się, co robić, aby byli nią obdarzani, stwierdza cynicznie: „Takie jest życie – i nie zmieni go żadne kazanie ani żadne prawo zakazujące eutanazji. Zakaz taki nikogo nie uczyni lepszym ani nie zapobiega żadnemu złu”.

Nieprawda. Wielokrotnie miałem okazję przekonać się o tym, jak radykalnie życie konkretnych ludzi zmieniało się pod wpływem kazań. Wiem też doskonale, że zmiany prawa wpływają na świadomość obywateli i na ich postawy życiowe. Ludzie rozumują bowiem prosto: „Skoro coś jest dozwolone, to jest w porządku…”.

Miarą człowieczeństwa – zarówno jednostek, jak i całego społeczeństwa – jest stosunek do najsłabszych

W ciągu ostatnich kilkunastu lat nastąpiła zmiana świadomości Polaków w odniesieniu do aborcji. Kilkanaście procent naszych współobywateli zrozumiało, że płód to prawdziwe, a nie tylko potencjalne, życie ludzkie, zatem należy pozwolić mu żyć (zgodnie z badaniami CBOS tylko między rokiem 1997 a 2003 o 15 proc. – z 71 do 56 – spadł odsetek zwolenników legalizacji aborcji ze względu na trudną sytuację osobistą kobiety lub ciężkie warunki materialne). Jeśli Hartmana naprawdę interesuje ochrona życia „na serio” i realne ograniczenie liczby aborcji, to nie może być dla niego radośniejszej wiadomości. Niewątpliwie zmiana ta jest w dużej mierze efektem dyskusji o prawnej ochronie dziecka poczętego.

Mój sprzeciw budzi także sens słów „takie jest życie…” w wypowiedzi wykładowcy etyki. Jak by skutkowało takie podejście w innych dziedzinach życia? Politycy kradną, korupcja się pleni, brak jest troski o dobro wspólne – trudno, takie jest życie, nie zmieni tego ani żadne kazanie, ani żadne prawo. Wzrasta narkomania, rośnie przestępczość, coraz młodsi ludzie sięgają po alkohol – nic na to nie poradzimy, c’est la vie. Czy to odpowiedzialne podejście do rozwiązywania problemów społecznych?

W myślenie wykładowcy Collegium Medicum UJ wyraźnie wkradły się też niekonsekwencje. Z jednej strony kilkakrotnie twierdzi, że prawo nie ma żadnego wpływu na ludzkie postawy, a z drugiej strony pisze w artykule o eutanazji coś odwrotnego, ubolewając, że prawne zakazy mogą „rozbudzić poczucie grzechu i wykluczenia” u osób, które noszą się z zamiarem popełnienia zakazanego czynu.

Chronić najsłabszych!

Tu pojawia się zresztą kolejna niekonsekwencja. Skoro bowiem Hartman uważa aborcję za zło, to dlaczego bardziej troszczy się o (bardzo powierzchownie rozumianą!) psychiczną równowagę wahających się kobiet, niż (jak cały czas deklaruje) o realne zminimalizowanie przypadków przerwania ciąży, uczynienie ich „czymś wyjątkowym i rzadkim”?

Dla Hartmana optymalnym rozwiązaniem jest świadome, legalne dopuszczenie, w pewnych ściśle określonych przypadkach, do dokonania czynu, który jednakowoż zawsze miałby pozostawać „paskudny, okropny” (tak pisze o eutanazji) i „bardzo zły i z reguły po prostu głupi” (tak pisze o aborcji). Niechże zatem autor pozwoli innym przypominać – także poprzez prawo – o paskudztwie, okropności, złu i głupocie tych czynów.

Można już zobaczyć zdjęcia 12-tygodniowego dziecka w łonie matki, które „spaceruje”, ziewa, przeciera oczy i uśmiecha się

Jeśli chce się naprawdę dążyć do realnego ograniczenia przypadków aborcji, nie można domagać się legalizacji przerywania ciąży. Prawo bowiem wpływa na ludzkie postawy. Nie jest i nie może ono być jedynym narzędziem ich kształtowania, ale jest narzędziem bardzo potrzebnym. W życiu społecznym potrzeba jasnych odniesień do wartości, także w prawie. Czysto utylitarne podejście do prawa jest na dłuższą metę samobójcze. Nie ma bowiem prawa neutralnego aksjologicznie i nie da się go oderwać od pryncypiów moralności. Każdy przepis prawny jest zarazem sygnałem o wartościach i postawach, jakie są nieakceptowane. Nie chodzi o szczegółowe kodyfikowanie zasad moralnych. Chodzi o to, że prawo ma przypominać obywatelom o normach, na których opiera się życie wspólnoty obywatelskiej. Nienaruszalność prawa do życia zaś musi być fundamentem zdrowego społeczeństwa.

W szczególny sposób powinno dotyczyć to najsłabszych członków tej wspólnoty – tych, którzy nie są w stanie żyć sami, bez pomocy innych. Są to z pewnością ludzie w początkowym i końcowym okresie życia, całkowicie skazani na innych. To także osoby niepełnosprawne, zwłaszcza z upośledzeniem umysłowym, które nie są zdolne do rozumnego kierowania swym życiem. Jeśli mamy okazać się ludźmi, to ich właśnie trzeba otoczyć opieką i ochroną, także prawną.

Obecnie czynem społecznie najsurowiej potępianym stała się pedofilia. Surowość jest tu jak najbardziej słuszna, mamy bowiem do czynienia z naruszeniem integralności bezbronnej osoby, jaką jest dziecko. Człowiek wrażliwy moralnie powinien jednak dostrzegać, że w przypadku aborcji bezbronność dziecka poczętego jest nieporównywalnie większa – można by rzec, że o tyle większa, o ile dziecko jest mniejsze.

A miarą człowieczeństwa – zarówno jednostek, jak i całego społeczeństwa – jest stosunek do najsłabszych.

Z aborcją jak z niewolnictwem?

Dla przyszłości sporu o aborcję najważniejsza wydaje mi się kwestia człowieczeństwa płodu. Zwolennicy prawnej dopuszczalności nie zgadzają się z takim stawianiem sprawy. Dla nich aborcja jest kwestią moralności indywidualnej, bo dotyczy wyłącznie (lub przede wszystkim) praw ciężarnej kobiety. Obrońcy życia zaś podkreślają, że mamy już także do czynienia z nową istotą ludzką, najbardziej bezbronną.

Jan Hartman unika jednoznacznej deklaracji w tej kwestii. Bez jej podjęcia trudno jednak mówić o poważnej debacie na temat przerywania ciąży. Wpada się bowiem w pułapkę, w jaką wpadł filozof. Bardzo wyraźnie pisze on o złu aborcji, nie wiemy jednak, dlaczego przerywanie ciąży jest złem. Wyraźna odpowiedź na to pytanie jest potrzebna, bo – jak, niestety, dobrze wiemy – nie jest to sprawa dla wszystkich oczywista.

Osobiście mam nadzieję, że ze stosunkiem do człowieczeństwa płodu i jego praw będzie tak, jak z prawami niewolników w USA. Wielu prawych i uczciwych obywateli broniło swego czasu niewolnictwa. Pisano poważne prace o jego słuszności. Tak samo było z ideą nierówności ras ludzkich. Dzisiaj – analogicznie – niektórzy bronią „prawa” do aborcji lub eutanazji kierowani subiektywnie szlachetnymi pobudkami. Mam jednak nadzieję, że za jakiś czas nasi potomkowie nie będą w stanie pojąć, dlaczego my – w XX-XXI wieku – mogliśmy być takimi barbarzyńcami wobec najsłabszych z nas.

Rozwój techniki pozwala nam już bardzo dokładnie zobaczyć cud poczęcia, rozwoju ludzkiego życia i narodzin. Wiedza ta jest jednak zadziwiająco słabo rozpowszechniona. Niedawno w Anglii wielkie poruszenie wywołały wysokiej jakości zdjęcia dwunastotygodniowego dziecka w łonie matki, które „spaceruje”, ziewa, przeciera oczy i uśmiecha się. Wielu prawników, a nawet sam premier Tony Blair, zaczęło wówczas mówić o potrzebie rewizji bardzo liberalnego brytyjskiego prawa aborcyjnego. Może upowszechnienie takich fotografii sprawi z czasem, że człowieczeństwo płodu będzie równie niepodważalne, jak dzisiaj to, że wszyscy ludzie rodzą się wolni? Uśmiech nienarodzonego przekonuje bez żadnych dodatkowych argumentów.

Zbyt radykalnie?

W stosunku Kościoła do aborcji razi krakowskiego profesora etyki radykalizm. Od kogo mamy jednak oczekiwać radykalizmu, jeśli nie od Kościoła? Na cóż zdaliby się duszpasterze, którzy mówiliby ludziom: „W zasadzie to nie należy kraść ani zabijać, ale niekiedy jest to niezbędne”? Na cóż zdaliby się chrześcijanie, którzy w taki sposób usiłowaliby uzasadniać swoje postawy życiowe? Byliby jak sól z ewangelicznej przypowieści, która zwietrzała i nadaje się już tylko do wyrzucenia.

Hartman dużo miejsca poświęca sprawom ubocznym, m.in. katolickiej etyce seksualnej. A przecież stosunek Kościoła do aborcji – stwierdzenie to jest równie oczywiste, jak nierozumiane przez wielu – wynika nie z podejścia do kwestii płciowości, lecz z szacunku dla ludzkiego życia. Krakowski filozof wykazuje się zresztą nieznajomością współczesnej nauki Kościoła katolickiego o seksualności. Pisze o neurotycznym charakterze katolickiej etyki seksualnej w oparciu o swoje wspomnienia ze studiów na KUL, ochoczo cytując prace zmarłego w 1949 roku o. Jacka Woronieckiego. Dlaczego natomiast milczy o „teologii ciała”, której autorem jest były krakowski kardynał, dzisiejszy Jan Paweł II?

Nie ma prawa neutralnego aksjologicznie i nie da się go oderwać od pryncypiów moralności

Zdumiewająca jest też pewność sądów Hartmana, która w niektórych kwestiach uniemożliwia podjęcie poważnego dialogu. Z góry zakłada, że prawna ochrona dziecka poczętego nie jest jego ochroną „na serio”, a nakłanianie młodzieży do zachowywania czystości przedmałżeńskiej jest „całkowicie nieskuteczne”. Dziwne, bo niedawno „Duży Format”, dodatek do „Gazety Wyborczej”, zamieścił reportaż „Dziewictwo.pl” pokazujący rodzący się w Polsce oddolnie ruch na rzecz zachowania wstrzemięźliwości przed ślubem (30 sierpnia 2004 r.). Krakowski wykładowca etyki wie z pewnością niezachwianą, że seks to rzecz, której chłopcy i dziewczęta między piętnastym a trzydziestym rokiem życia pragną najbardziej na świecie. Wyrzuca tym samym do kosza socjologiczne badania młodzieży, w których od dawna widać na pierwszym planie wielką tęsknotę za szczęśliwą rodziną i domowym ciepłem.

Zastanawia mnie wreszcie, dlaczego Hartman nie podejmuje podobnych polemik z liberalnymi argumentami, np. na rzecz pełnej swobody aborcji. Jego stanowisko jest wyraźnie odmienne od propagatorów koszulek z napisem „Miałam aborcję”, z czerwonymi śladami sugerującymi krew. Tego typu aborcyjna duma jest mu obca, wszak deklaruje, że nie znosi „bezmyślnego przerywania ciąży”. Nie rozumiem zatem, dlaczego przeznacza swoją energię wyłącznie na polemikę ze stanowiskiem katolickim.

„Czy nie trzeba raczej »ucywilizować« społeczeństwa zamiast eutanazji?” – pytał retorycznie prof. Andrzej Paszewski w polemice z artykułem Hartmana o eutanazji. Dziś wypada spytać: Jeśli naprawdę uważa Pan, że „spędzenie płodu, jak to się wstrętnie nazywa, jest nie tylko bardzo złym postępkiem, ale z reguły także postępkiem po prostu głupim, a sumienie po dokonaniu aborcji gryzie normalnego człowieka przez całe życie” – to może byśmy właśnie o tym wspólnie przekonywali tych, dla których aborcja to jeden z wielu zabiegów medycznych, niczym operacja wyrostka robaczkowego?

Polemika z Janem Hartmanem opublikowana w „Gazecie Wyborczej” 2 października 2004 r.