Z ogromną uwagą śledzę dyskusję w „sprawie Jedwabnego”. Artykuły o pogromie pojawiały się w prasie zagranicznej, zanim jeszcze ukazały się obcojęzyczne edycje książki Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”.

W piśmie „Prawda”, organie tajnej organizacji katolickiej Front Odrodzenia Polski (działał w niej obecny minister spraw zagranicznych RP – Władysław Bartoszewski), w numerze z maja 1942 r., drugim z kolei, czytamy: „Przeciw podobnej hańbie trzeba przeciwdziałać wszelkimi dostępnymi środkami. Uświadamiać ludzi, że stają się Herodowymi siepaczami, piętnować w tajnej prasie, nawoływać do bojkotowania katów, grozić, zapowiadać na morderców surowe sądy wolnej Rzeczypospolitej. Na razie nikt tej sprawy nie porusza; prasa wstydliwie ją przemilcza, a zło się szerzy jak epidemia, zbrodnia przechodzi w nałóg. Pod żadnym pozorem nie można dopuścić, by zaraza zezwierzęcenia i sadyzmu przeniosła się do nas”. Niestety, nie udało się temu zapobiec.

Z ogromną uwagą śledzę trwającą od maja ubiegłego roku dyskusję w „sprawie Jedwabnego”. Sam zresztą kilkakrotnie zabierałem w niej głos. Dyskusja ta toczy się nie tylko w polskich środkach masowego przekazu. Zanim jeszcze ukazały się obcojęzyczne edycje książki Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”, artykuły na temat wydarzeń w Jedwabnem już zaczęły się pojawiać w prasie zagranicznej.

Udział historyków w tej dyskusji jest co prawda dostrzegalny, ale bynajmniej nie dominujący. Pewien polski germanista wprowadza w błąd niemiecką opinię publiczną, informując czytelników „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, że mamy tu do czynienia z einem polnischen Historikerstreit. W rzeczywistości w Polsce trwa – sprowokowana tekstami Grossa oraz kolejnymi wypowiedziami uczestników dyskusji – wielka debata publiczna, kto wie, czy już nie zasługująca na miano debaty narodowej. Uczestniczą w niej naukowcy, dziennikarze i publicyści, literaci, politycy, księża, a obok nich zwykli ludzie, nadsyłający do redakcji gazet i czasopism listy z własnymi uwagami czy przemyśleniami. Gdy mówię o debacie narodowej, mam też na myśli i to, że wydarzenia w Jedwabnem stały się tematem ożywionych rozmów prowadzonych przez Polaków w kręgu rodziny, przyjaciół, kolegów i znajomych.

Do czego są potrzebni historycy?

Gdy czytam niektóre wypowiedzi prasowe uczestników dyskusji o Jedwabnem, odnoszę niekiedy wrażenie, że my – historycy – już nie tylko przestajemy być potrzebni, ale wręcz nasza praca, polegająca na ustalaniu wszelkich okoliczności i zdarzeń poprzedzających zagładę jedwabnieńskich Żydów w dniu 10 lipca 1941 r., zaczyna być traktowana jako żenująca próba pomniejszenia zbrodni, popełnionej przez polskich mieszkańców tego miasteczka na ich żydowskich sąsiadach.

Jeden z moich polemistów zarzuca mi, że w dyskusji nad książką Grossa wskazuję „na brakujące szczegóły, które […] należy wziąć pod uwagę”. Towarzyszy temu konstatacja następująca: „Wydaje się, że wszystkie te szczegóły należą do sfery «wishful thinking»”. Nie inaczej wypowiada się inny uczestnik dyskusji, pisząc: „Można oczywiście dalej czynić uniki. Można pisać, że za wcześnie, że są niejasne miejsca w relacjach, że nie policzono dokładnie, ilu było morderców i ilu zamordowanych. Że trzeba jeszcze przebadać te czy owe archiwa. Przebadać zawsze warto, należało to zrobić wiele lat temu, ale niczego to nie zmieni. Prawda nie stanie się przyjemniejsza niż jest i czy wcześniej, czy później przyjdzie się z nią uporać”.

Otóż odpowiadam: wiele, bardzo wiele szczegółów, których nie uwzględnił Gross lub które udało się ustalić dopiero po ukazaniu się jego książki, należy do kategorii faktów historycznych, a nie do sfery „pobożnych życzeń”, opanowanych rzekomo „obsesją niewinności” polskich badaczy. Dokonywanie krytyki przekazów źródłowych czy przeprowadzanie archiwalnych kwerend, umieszczanie wydarzeń w Jedwabnem w szerszym kontekście eksterminacji ludności żydowskiej na terenach zajętych przez Niemców po 22 czerwca 1941 r., a także uwzględnienie antecedensów, a więc lat trzydziestych oraz okresu okupacji sowieckiej – to nie są uniki!

Gdy czytam, że i tak „niczego to nie zmieni”, zastanawiam się, czy jest w ogóle sens, bym dalej się zajmował uprawianiem mego zawodu. Na tej samej zasadzie można przecież także podważyć zasadność przeprowadzanego obecnie przez Instytut Pamięci Narodowej, zupełnie na nowo, śledztwa w tej sprawie.

Jaka była rola Niemców?

Jan Tomasz Gross pisze w swej książce: „Panami sytuacji w Jedwabnem byli oczywiście Niemcy. I tylko oni mogli podjąć decyzję o wymordowaniu Żydów”, a w innym miejscu dodaje: „zasadnicze pytanie, na które pragnęlibyśmy dać możliwie najwierniejszą odpowiedź, dotyczy roli Niemców w tym zbiorowym morderstwie”. Niestety, wbrew tej zapowiedzi, o obecnych w Jedwabnem Niemcach niewiele się z tej książki dowiemy.

W chwili, gdy piszę ten tekst, także nie dysponuję jeszcze pełną dokumentacją dotyczącą realizacji na terenie Białostocczyzny pierwszego etapu Endlösung, latem 1941 r. Wiemy, że w tym zbrodniczym dziele uczestniczyły Bataliony Policyjne 309, 316, 322, specjalne grupy operacyjne Sipo i SD, zapewne niektóre oddziały Wehrmachtu, ale obok nich także, niestety, ludność miejscowa. Przypuszczam, choć nie jestem w stanie tego jeszcze udowodnić, że wydarzenia, jakie rozegrały się w Wąsoszu (5 lipca), Radziłowie (7 lipca) i w Jedwabnem (10 lipca), mają związek z działalnością przybyłego do Białegostoku w dniu 1 lipca i dowodzonego przez SS-Sturmbannführera Bradfischa, Einsatzkommando 8 (EK8) (wchodzącego w skład Einsatzgruppe B, dowodzonej przez SS-Gruppenführera Arthura Nebe) lub specjalnego Kommando Bialystok, o którym wiemy wciąż bardzo mało, na którego czele stał SS-Hauptsturmführer Wolfgang Birkner z warszawskiego Gestapo. Powstało ono na skutek umowy szefa Sipo i SD Reinharda Heydricha z jego reprezentantem w Generalnym Gubernatorstwie – SS-Brigadeführerem Eberhardem Schöngarthem. Oddział Birknera wyruszył z Warszawy 2 lipca 1941 r.

Jednym z zadań Einsatzgruppen było organizowanie na terenach zajętych po 22 czerwca tzw. Selbstreinigungsaktionen, czyli akcji samooczyszczających. Chodziło o „uruchamianie” pogromów ludności żydowskiej, które miały sprawiać wrażenie, „że to ludność miejscowa sama z siebie podjęła pierwsze kroki w naturalnej reakcji przeciw trwającemu przez dziesięciolecia uciskowi ze strony Żydów oraz terrorowi komunistycznemu z minionego okresu”. W raporcie dowódcy działającej na Litwie Einsatzgruppe A z 15 października 1941 czytamy dalej: „Nie mniej istotne było, żeby stworzyć pewne i możliwe do udowodnienia w p r z y s z ł o ś c i  fakty, świadczące o tym , że to wyzwolona ludność sama z siebie sięgnęła po najostrzejsze środki przeciw bolszewickim i żydowskim przeciwnikom, przy czym p o l e c e ń  wydanych ze strony niemieckiej n i e  d a ł o b y  s i ę  r o z p o z n a ć [podkr. moje – T.S.]”.

Odnośnie do wykorzystania Polaków do owych akcji „samooczyszczających”, pomysł wyszedł od dowódcy 17. Armii niemieckiej, operującej pod koniec czerwca 1941 r. w rejonie Lwowa (był nim gen. Karl-Heinrich von Stülpnagel, od lutego 1942 r. Militärbefehlshaber we Francji, potem uczestnik antyhitlerowskiego spisku, powieszony w więzieniu Plötzensee 30 sierpnia 1944). Propozycja dotarła do Reinharda Heydricha, który 1 lipca 1941 skierował do dowódców czterech Einsatzgruppen rozkaz następujący: „Można się spodziewać, że Polacy mieszkający na terenie nowo okupowanych terytoriów polskich – w oparciu o własne doświadczenie – będą nastawieni antykomunistycznie i antyżydowsko. Oczywiste jest, że akcje oczyszczające powinny objąć przede wszystkim bolszewików i Żydów. Co do polskiej inteligencji i pozostałych, decyzje można będzie podjąć później, chyba że pojawi się szczególny powód do wszczęcia działań w indywidualnych przypadkach uznawanych za niebezpieczne. Jest zatem oczywiste, że takich Polaków nie należy obejmować akcjami oczyszczającymi, zwłaszcza dlatego że są oni niezwykle istotni jako elementy mogące inicjować pogromy i służące do otrzymywania informacji (zależy to, rzecz jasna, od warunków lokalnych)”.

Można zakładać, że rozkaz ten drogą służbową dotarł także do wspomnianych dowódców EK8 i Sonderkommando Bialystok, których nazwiska w książce Grossa w ogóle się nie pojawiają. Gdyby ów Wolfgang Birkner, tak jak dowódca działającego na Litwie EK3 – Karl Jäger, przeżył wojnę i mógł być przesłuchany, wówczas o wydarzeniach pierwszej dekady lipca 1941 r. na ziemi białostockiej zapewne wiedzielibyśmy znacznie więcej. Zginął on na Pomorzu 24 marca 1945 r. i – jeśli się nie mylę – nie udało się uzyskać zeznań jakiegokolwiek z jego podkomendnych. Wiem natomiast, że przed sądem w RFN stanął Bradfisch.

W wychodzącym w Łomży tygodniku „Kontakty” w roku 1988, a więc 12 lat przed ukazaniem się książki Grossa, opublikowany został reportaż z Jedwabnego pióra Danuty i Aleksandra Wroniszewskich, z opisem popełnionej tam przez Polaków zbrodni. Tu po raz pierwszy w Polsce ukazały się drukiem obszerne fragmenty relacji Szmula Wasersztajna z 1945 roku. Dziwi zarówno to, że wówczas reportaż ten nie odbił się głośnym echem w całym kraju, jak i to, że nie dotarł doń badacz Jan Tomasz Gross (w Stanach Zjednoczonych też prawie nikt nie zwrócił uwagi na wydany tam w 1980 r. „Yedwabne: History and Memorial Book”). Jeden z rozmówców Wroniszewskich, świadek wydarzeń, Jan S., przytacza wypowiedziane doń rankiem 10 lipca 1941 r. słowa burmistrza Mariana Karolaka, centralnej postaci niebawem mającego się rozpocząć pogromu: „Wie pan, że dziś albo ich spalą, albo rozstrzelają”. Nie ma cienia wątpliwości, że miał na myśli Niemców i ich żydowskie ofiary.

Niestety, okazało się, że „brudną robotę” wykonali za Niemców Polacy. Ich udział w eksterminacji ludności żydowskiej potępiała prasa konspiracyjna – jeden z podstawowych środków przekazu, jakimi dysponowało Polskie Państwo Podziemne. W piśmie „Prawda”, organie tajnej organizacji katolickiej Front Odrodzenia Polski (działał w niej obecny minister spraw zagranicznych RP – Władysław Bartoszewski), w numerze z maja 1942 r., drugim z kolei, czytamy: „Przeciw podobnej hańbie trzeba przeciwdziałać wszelkimi dostępnymi środkami. Uświadamiać ludzi, że stają się Herodowymi siepaczami, piętnować w tajnej prasie, nawoływać do bojkotowania katów, grozić, zapowiadać na morderców surowe sądy wolnej Rzeczypospolitej. Na razie nikt tej sprawy nie porusza; prasa wstydliwie ją przemilcza, a zło się szerzy jak epidemia, zbrodnia przechodzi w nałóg. Pod żadnym pozorem nie można dopuścić, by zaraza zezwierzęcenia i sadyzmu przeniosła się do nas”. Niestety, nie udało się temu zapobiec.

Co było wcześniej?

Jako historyk wyrażam pogląd, że dla wyjaśnienia konkretnych wydarzeń zawsze warto jest zapoznać się z tym, co je poprzedzało. Oczywiście, można dyskutować, jak daleko w przeszłość należy się cofnąć. Niedawno dowiedziałem się, że z Jedwabnego rekrutowało się wielu członków organizacji narodowej w Powstaniu Styczniowym 1863 roku, których nazwiska znalazły się potem na listach zesłańców syberyjskich. W okresie międzywojennym nadbiebrzańskie mokradła – w których można było się ukryć, a które były niedostępne dla policji – sprzyjały szerzeniu się w tej okolicy bandytyzmu. Jednocześnie Łomżyńskie było terenem o znacznych wpływach Narodowej Demokracji oraz jej bardzo radykalnych przybudówek młodzieżowych.

Gdy myślimy o schyłku lat trzydziestych w Polsce, często pojawiają się skojarzenia z narastającą falą antysemityzmu, gettem ławkowym na uczelniach, ekscesami antyżydowskimi. Znacznie rzadziej towarzyszą temu refleksje, że owa II Rzeczpospolita była jednak państwem prawa, czynnie przeciwstawiającym się działalności skrajnej prawicy. Dążąc do zapewnienia ładu i porządku, tłumiono antyżydowskie zajścia, stawiano przed sądem agitatorów wzywających do waśni narodowościowych, w tym nawet katolickich księży. W obozie w Berezie Kartuskiej obok przedstawicieli lewicowej opozycji osadzani przecież byli także opozycjoniści ze skrajnej prawicy.

Stanowczo zbyt często zapominamy, że rządy sanacyjne w Polsce postrzegane były przez ugrupowania nacjonalistyczne jako siedlisko wpływów żydowskich i masońskich, jako przeszkoda w realizacji programu budowy katolickiego państwa narodu polskiego. Nie były to w ich oczach rządy, które umożliwiłyby zrealizowanie hasła „Żydzi na Madagaskar”. Niemiecki okupant stworzył nagle szansę, by tego „obcego elementu” się pozbyć.

Na terenach, które w latach 1939-1941 znalazły się pod okupacją sowiecką, konflikty polsko-żydowskie uległy niesłychanemu zaostrzeniu. W książce „Sąsiedzi” autor przytacza taki oto meldunek, wysłany 8 grudnia 1939 r. ze Lwowa do Londynu: „Żydzi tak potwornie męczą Polaków i wszystko co z polskością jest związane pod sowieckim zaborem […], że Polacy w tym zaborze od starców do kobiet i dzieci włącznie przy pierwszej sposobności tak potworną na nich zemstę wywrą, o jakiej jeszcze żaden antysemita nie miał pojęcia”. Jan Tomasz Gross komentuje to: „Jako opis sytuacji był to tekst chybiony, ale jako proroctwo, niestety, potwierdzony przez późniejsze wydarzenia”.

Moim zdaniem, niestety, „opis sytuacji” wiernie oddawał panujące nastroje. Te same nastroje na terenie okupacji sowieckiej odnotowywał Jan Karski, pisząc w raporcie ze stycznia 1940 r.: „W zasadzie wszyscy Polacy są rozżaleni i rozczarowani w stosunku do Żydów – olbrzymia większość (przede wszystkim oczywiście młodzież) dosłownie czeka na sposobność «krwawej zapłaty»”.

Polacy o samych sobie

Z punktu widzenia badacza stereotypów narodowych można się zastanawiać zarówno nad tym, jaki będzie wpływ „sprawy Jedwabnego” na świadomość historyczną polskiego społeczeństwa oraz Polaków wizerunek własny, jak też i nad oddziaływaniem informacji o popełnionej przed 60 laty zbrodni na dzisiejsze postrzeganie Polski i Polaków w świecie.

Jest rzeczą bezsporną, że pomiędzy rokiem 1945 a odzyskaniem przez Polskę pełnej suwerenności w roku 1989, heroiczno-martyrologiczny obraz naszych dziejów, a szczególnie najtragiczniejszego okresu II wojny światowej, służył – tak jak kiedyś powieści Sienkiewicza – „ku pokrzepieniu serc”. Z owym wyidealizowanym obrazem przeszłości kłóciło się wszystko to, co przypominało nasze grzechy, czyny niegodne czy haniebne. Istniejąca wówczas w Polsce cenzura nie pozwalała co prawda na zapełnianie „białych plam”, czyli pisanie o krzywdach wyrządzonych nam przez wschodnich sąsiadów (przypominam, że po utworzeniu NRD zabroniono też pisać i mówić o okupacji niemieckiej i zbrodniach niemieckich, a nakazano stosowanie określeń okupacja hitlerowska i zbrodnie hitlerowskie), ale ta sama cenzura nie zezwalała również na „kalanie własnego gniazda”.

W 1990 r. cenzura zniknęła, Polacy zaczynają powoli wyzbywać się kompleksów, stają się normalnym narodem, w którego historii, tak jak w historii wszystkich innych narodów, są wydarzenia napawające dumą, i takie, jakich należy się wstydzić. Symptomem odwagi mówienia także o brzydkich i bolesnych kartach naszej historii oraz chęci poznania całej o niej prawdy są ukazujące się teraz w Polsce takie książki, jak dwutomowa (na razie) edycja źródeł „Niemcy w Polsce 1945-1950”, „Zemsta ofiar” Helgi Hirsch czy właśnie „Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa.

Przyznając się do popełnionych grzechów, a nawet do dokonanych kiedyś polskimi rękami zbrodni, współcześni Polacy mają przecież prawo do dumy z pierwszego „nie”, wypowiedzianego Hitlerowi w 1939 roku, z fenomenu, jakim było Polskie Państwo Podziemne i jego zbrojne ramię – Armia Krajowa, z dwu zrywów powstańczych (bo powstanie w getcie warszawskim było wszak dziełem polskich Żydów), a także z tego, że na ok. 16 600 osób odznaczonych medalem „Sprawiedliwego wśród Narodów Świata” niemal co trzeci to nasz rodak.

Jednocześnie świat winien pamiętać, że choć bez cienia wątpliwości Żydzi cierpieli najbardziej, to przecież Polacy także cierpieli – niemal każda polska rodzina straciła podczas II wojny światowej kogoś bliskiego, kto stał się ofiarą jednego z dwu totalitaryzmów. Polska wyłaniająca się z wojennej pożogi – to kraj ruin i zgliszcz, zdradzony przez zachodnich aliantów, oddany pod obce panowanie.

Polacy w oczach innych

Miałem niedawno wgląd w wyniki badań demoskopijnych, jakie w ciągu dwóch ostatnich lat przeprowadzone zostały w kilku krajach europejskich na zlecenie polskiego Instytutu Spraw Publicznych. W związku z naszymi staraniami o wejście do Unii Europejskiej sondaże opinii publicznej miały pokazać, w jaki sposób Polacy i Polska są postrzegani w Austrii, Hiszpanii, Szwecji, Francji i Niemczech. Wyniki nie napawają optymizmem.

Okazuje się, że świat nie tylko nie pamięta naszego bohaterstwa i męczeństwa z lat II wojny światowej, ale zapomniano – jakże szybko – wkład polskiej „Solidarności” w obalenie komunistycznego reżimu w całym przecież sowieckim bloku. Zamiast oczywistych sukcesów Polski i Polaków na drodze politycznej i gospodarczej transformacji kraju, nasze państwo i nasz naród kojarzone są z zacofaniem i antysemityzmem. Nie miejmy złudzeń – wieści o popełnionej przez Polaków przed 60 laty zbrodni ugruntują tylko od dawna zakorzenione stereotypy, pogorszą jeszcze i tak niezbyt pozytywny nasz wizerunek w świecie.

Nie twierdzę, że taki był cel autora „Sąsiadów”. Natomiast jestem przekonany, że takie intencje przyświecają tym zagranicznym dziennikarzom i publicystom, dla których „sprawa Jedwabnego” jest okazją do pokazania Polski i Polaków w jak najgorszym świetle. Jakże inaczej wytłumaczyć można postępowanie Francuzki, która swemu artykułowi opublikowanemu 1 grudnia 2000 r. w paryskiej „Libération” nadała tytuł: 55 ans aprčs, et toujours le refus d’affronter son passé. Jedwabno [sic!], le trou de mémoire polonais („Po 55 latach i wciąż odmowa konfrontacji z przeszłością. Jedwabno, dziura w polskiej pamięci”).

Najbardziej oburza mnie nawet nie ów tytuł i treść tego obszernego, bo zajmującego dwie kolumny, artykułu. Tym, co uważam za rzecz szczególnie perfidną, jest umieszczenie w tekście, nadesłanej przez envoyée spéciale z Warszawy, mapki z zaznaczonymi konturami naszego kraju oraz tylko trzema miejscowościami – stolicą, Jedwabnem i Kielcami. I pomyśleć tylko, że w ostatnim sondażu opinii publicznej z października 2000 roku Francuzi znaleźli się na drugim miejscu na liście narodów, jakie Polacy uznali za najbardziej sympatyczne…

Jak zlikwidować antysemityzm?

Cóż jednak zrobić z naszym nieszczęsnym antysemityzmem, który wciąż istnieje i wciąż daje o sobie znać? Cóż począć ze zjawiskiem, które karmi się ludzką głupotą, ale jest też podsycane przez tych, którzy je wykorzystują do realizacji swych politycznych celów? Co zrobić, by z ulic naszych miast zniknęły wstrętne, haniebne napisy i rysunki? Jak osiągnąć to, by każda antysemicka wypowiedź spotkała się w Polsce z natychmiastową potępiającą reakcją słuchaczy bądź czytelników? Jak dojść do tego, by każdy polski antysemita zrozumiał wreszcie, że popełnia grzech, przekraczając normy moralne obowiązujące członka katolickiej wspólnoty? Jeśli książka autora „Sąsiadów” doprowadzi do duchowego wstrząsu Polaków, to odda nam wielką przysługę.

Pamiętam, że przed wielu laty, podczas jakiejś telewizyjnej dyskusji, promotor mej pracy doktorskiej, nieżyjący już prof. Franciszek Ryszka, spytany o to, jak zlikwidować w Polsce antysemityzm, odpowiedź miał krótką: „przestać być antysemitą!”.

Tekst ukazał się w miesięczniku WIĘŹ, nr 4/2001.