Decyzje francuskiego sądu (odszkodowanie za „złe urodzenie”) i holenderskiego parlamentu (legalizacja eutanazji) zmuszają do zadania pytań, czym jest ludzkie życie, jak je rozumieć, jaką miarą je mierzyć.

Miarą człowieczeństwa – zarówno jednostek, jak i całego społeczeństwa – jest stosunek do najsłabszych, do tych,  którzy nie są w stanie żyć sami, bez pomocy innych. Ci najsłabsi to z pewnością ludzie w początkowym i końcowym okresie życia, całkowicie skazani na innych. To także osoby niepełnosprawne, zwłaszcza z upośledzeniem umysłowym, które nie są zdolne do rozumnego kierowania swym życiem. Tak rozumianym najsłabszym współczesne społeczeństwa coraz częściej oferują nie pomocną i ofiarną dłoń, lecz odrzucenie, izolację, a czasem po prostu aborcyjny skalpel albo aparaturę do dokonania „samobójstwa w asyście lekarza”.

Ostatnie miesiące roku 2000 przyniosły kolejne ­– niestety, jakościowo nowe – przejawy agresji mocnych wobec najsłabszych. Holenderski parlament przyjął ustawę legalizującą eutanazję. Francuski sąd przyznał zaś wysokie odszkodowanie upośledzonemu umysłowo chłopcu za to, że… się urodził.

W zabiegach o legalizację eutanazji chodzi nie o pragnienie pomocy, lecz o niechęć dalszego jej niesienia

Są też inne horrendalne pomysły. W Holandii pojawiła się grupa gotowa do wysłania na morze specjalnego statku aborcyjnego. Miałby on pływać w pobliżu krajów, gdzie aborcja jest zakazana i tym samym umożliwiać „zniewolonym” kobietom z tych krajów skorzystanie z przysługującej im „swobody” decydowania o wydaniu na świat potomstwa. W Wielkiej Brytanii państwo Peter i Patricia Thopmpsonowie ubiegają się zaś o odszkodowanie za to, że lekarze dokonujący zapłodnienia in vitro omyłkowo wszczepili trzy zarodki zamiast „zakontraktowanych” dwóch. Cała trójka urodziła się zdrowo, ale ponieważ Thompsonowie spodziewali się dwojga dzieci, klinika powinna – ich zdaniem – pokryć koszty związane z wychowaniem trzeciego. Skarżący udowodnili już, że lekarze złamali umowę, teraz pora na odszkodowanie… „Na szczęście” te dwie ostatnie sprawy to inicjatywy prywatne, a nie działanie w imieniu państwa – i tym właśnie różnią się od francuskiego wyroku sądowego i holenderskiej ustawy.

Osoba jako pomyłka

Zacznijmy od mniej znanej sprawy francuskiej. Siedemnastoletni Nicholas Perruche nie słyszy i jest częściowo niewidomy. Jego iloraz inteligencji jest niższy niż 50 punktów. Upośledzenie jest w jego przypadku efektem choroby, jaką matka przeszła w czasie ciąży. Ponieważ różyczki nie rozpoznano w porę, rodzice uznali, że błąd lekarzy nie pozwolił im skorzystać z „wolnego wyboru aborcji”. Najpierw sami postarali się o odpowiednie odszkodowanie, następnie otrzymała je siostra Nicholasa. W końcu rodzice złożyli pozew w imieniu upośledzonego syna.

Najwyższy Sąd Administracyjny w Paryżu swym bezprecedensowym wyrokiem przyznał Nicholasowi odszkodowanie. Za co? Nie ma innej odpowiedzi: za to, że się urodził. Bo przecież mógł (a z decyzji sądu wynika, że właściwie powinien) był się nie urodzić. Mamy zatem do czynienia z nowym dramatycznym zjawiskiem. Oto sąd demokratycznego państwa europejskiego w majestacie prawa ma czelność podejmować wyrok, uznający istnienie siedemnastoletniego niewinnego człowieka za pomyłkę. Jakie uczucia można wyrazić w takiej sytuacji: zdumienie, oburzenie, rozpacz? Nawet wszystkie jednocześnie – to za mało.

Wyjątkowo perfidnym zbiegiem okoliczności cała sprawa ma miejsce we Francji, która jest ojczyzną dwóch niezwykłych chrześcijańskich inicjatyw skupionych wokół osób z upośledzeniem umysłowym: ruchów „Arka” oraz „Wiara i Światło”, założonych przez Jeana Vaniera. Sam od blisko dwudziestu lat we wspólnocie „Wiary i Światła” spotykam się i wyjeżdżam na wakacje wspólnie z ludźmi, którzy – tak jak Nicholas Perruche – mają iloraz inteligencji poniżej 50. Dobrze wiem, ile mogłem się przez ten czas od nich nauczyć, ile ciepła i miłości mogłem od nich otrzymać. A teraz okazuje się, że teoretycznie i oni mogliby usłyszeć od jakiegoś sędziego, że w ogóle nie powinni żyć. Podobnie jak ludzie upośledzeni i głucho-ciemni (przypadek Nicholasa nie jest przecież wyjątkowy) żyjący w Laskach czy wielu innych miejscach…

Oni zresztą już coś podobnego słyszeli. Różni ludzie czasem wypominali im samym, losowi, Panu Bogu: „po co taki w ogóle się urodził?”. Ale wiedzieliśmy dobrze, że jeśli takie wypowiedzi pojawiały się, to najczęściej pod wpływem emocji czy alkoholu; czasem też były one przejawem moralnego upadku osoby słowa te wypowiadającej. Nikt nie usiłował z takiego stawiania sprawy czynić cnoty. Francuski wyrok zmienia sytuację. Ów nieludzki pogląd wypowiadany jest nie przez człowieka pijanego lub pozbawionego wyższych uczuć, lecz przez sąd – w imieniu państwa prawa, opierającego się rzekomo na zasadach deklaracji praw człowieka.

Najtańsze rozwiązanie „problemu”

Również legalizacja eutanazji w Holandii zmusza do postawienia pytania o filozoficzne i etyczne fundamenty europejskiej demokracji. Taka decyzja podważa przecież podstawowe zasady naszej kultury, takie jak znaczenie ludzkiej godności czy przekonanie o wartości i nienaruszalności życia ludzkiego.

Prawne dopuszczenie eutanazji to klęska człowieka. Motywacja zwolenników nowego prawa jest wprawdzie pełna frazesów o humanizmie: pomoc w cierpieniu, gest miłosierdzia, wyjście naprzeciw prośbie chorego itd. itp. Tymczasem, jak trafnie ujął ks. Adam Boniecki, „ruch na rzecz eutanazji, prezentujący się jako wolnościowy, jest ruchem eksterminacyjnym”. Według badań amerykańskich i europejskich, eutanazja jest pozytywnie postrzegana głównie przez ludzi… silnych i zdrowych! Jest ona zatem raczej problemem tych, którzy nie potrafią (a częściej zapewne nie chcą) pomagać osobom śmiertelnie chorym niż problemem samych chorych. Tak naprawdę w zabiegach o legalizację eutanazji chodzi nie o pragnienie pomocy, lecz wręcz przeciwnie – o niechęć dalszego jej niesienia.

Biskupi holenderscy podkreślili, że jeśli ludzie są nieszczęśliwi i cierpią, jest to sygnał, że należy im pomagać, a nie zabijać. Parlament uznał inaczej. Mało tego, poważnie rozważano także dopuszczenie stosowania – bez zgody rodziców! – środków przyspieszających śmierć nieuleczalnie chorych dzieci w wieku 12-16 lat. Całe szczęście, ten projekt nie przeszedł jeszcze nawet w Holandii, ale został on przecież przygotowany przez demokratyczny rząd europejskiego państwa…

Pikanterii dodaje sprawie argument pragmatyczny. Eutanazja jest po prostu… najtańszym rozwiązaniem „problemu”, jakim jest drugi człowiek. Dalsze psychiczne wspieranie chorego oraz uśmierzanie bólu (choć dzięki postępowi medycyny możliwe i coraz bardziej skuteczne) jest rozwiązaniem trudniejszym i bardziej kosztownym, a także wymagającym. A komu się chce dzisiaj wymagać od siebie?

Jak nas zobaczą za 100 lat?

Smutnym symbolem jest fakt, że komentowane wydarzenia miały miejsce w roku 2000, na przełomie wieków i tysiącleci. Czy w takiej sytuacji można jeszcze mieć jakąkolwiek nadzieję na nową wiosnę ludzkiego ducha? Czy raczej nie stanie się tak, że kolejne państwa będą wprowadzały legalną aborcję i eutanazję, a osób upośledzonych umysłowo będzie ubywało, bo dzięki dokładnym diagnozom prenatalnym ich rodzice będą mieli możliwość pozbycia się „problemu” zawczasu?

Głęboko ufam, że będzie inaczej. Jestem przekonany, że będzie tak jak z niewolnictwem w USA. Tam wielu prawych i uczciwych obywateli broniło niewolnictwa. Dzisiaj jest podobnie – niektórzy bronią „prawa” do aborcji czy eutanazji, kierowani subiektywnie szlachetnymi pobudkami. Ale mam nadzieję, że za 100-200 lat nasi potomkowie nie będą w stanie pojąć, dlaczego my – w XX wieku – mogliśmy być takimi barbarzyńcami zarówno wobec ludzi poczętych, jak i umierających.

Jak to się stanie? Nie wiem. Może kiedyś rozwój medycyny i techniki umożliwi następnym pokoleniom tak dokładnie zobaczyć cud poczęcia i rozwoju życia w łonie matki, że człowieczeństwo płodu będzie równie niepodważalne, jak dzisiaj fakt, że wszyscy ludzie rodzą się wolnymi? Może rozwój medycyny paliatywnej tak bardzo rozszerzy możliwości uśmierzania bólu, że „humanitarny” aspekt eutanazji stopniowo stanie się nieaktualny?

Śmierć warta więcej niż życie?

Całe szczęście, chrześcijanie nie są odosobnieni w protestach przeciwko tym zdumiewającym decyzjom. Ponadwyznaniowa koalicja w obronie życia formalnie nie istnieje, ale w różnych sprawach różne środowiska prezentują spojrzenie trzeźwe i zgodne ze zdrowym rozsądkiem. Lewicowa gazeta francuska „Libération” przestrzegała po wyroku w sprawie Nicholasa, że stanowi on groźny precedens. Można będzie teraz „żądać odszkodowania już za sam fakt urodzenia się; otwiera to perspektywy eugenice, sugerując, że śmierć jest więcej warta niż życie”. Agencja Reutera ironizowała w sprawie państwa Thompsonów: „Pragnęli dziecka. Byli nawet gotowi na ofertę «dwa w jednym». Ale nie planowali wariantu «kup dwa, trzecie dostaniesz gratis»

Decyzje francuskiego sądu i holenderskiego parlamentu zmuszają też do zadania pytań, czym jest ludzkie życie, jak je rozumieć, jaką miarą je mierzyć. Te bulwersujące decyzje są owocem podejścia czysto utylitarnego. Jeśli postrzega się życie tylko jako świadomość i trwanie doczesne, jeśli pomija się wymiar transcendentny, jeśli patrzy się na nie w kategoriach pragmatycznie rozumianej „jakości życia”, to życie wielu ludzi – nie tylko Nicholasa i chorych terminalnie – staje się „niepełnowartościowe”. Otrzymujemy tym samym podludzi oraz ludzi „pełnowartościowych”, którzy mogą decydować, co się będzie działo z innymi.

Takie rozumienie człowieczeństwa fałszuje podstawową prawdę o człowieku. „Człowieka trzeba mierzyć miarą serca” ­– te słowa usłyszałem u progu dorosłego życia z ust Jana Pawła II pod warszawskim kościołem św. Anny w czerwcu 1979 roku. Stały się one dla mnie początkiem świadomego odkrywania wiary chrześcijańskiej, w której zostałem wychowany. Jeśli mierzyć miarą serca, to Nicholas Perruche i moi upośledzeni przyjaciele są zapewne ludźmi pełniej niż ja, francuski sędzia i holenderscy parlamentarzyści razem wzięci.

Komentarz opublikowany w miesięczniku WIĘŹ 2001 nr 1